Konstanty Ildefons Gałczński

Młynek do kawy

PIERWSZE
WIADOMOŚCI
O MŁYNKU
— Nasz Młynek jest bardzo stary — powiedział kolejarz Mikołaj do swej małżonki Celiny. — Moim zdaniem należałoby go wyrzucić.
— Tak, tak, Mikołajku — przytaknęła kolejarzowa Celina. — Masz świętą rację, kochany. Ani szufladka nie rusza się, jak należy, ani żarna nie mielą ziaren, jak trzeba. Niektóre ziarenka przelatują do szufladki nie zmielone. Masz rację, trzeba by wyrzucić ten Młynek do kawy i kupić na to miejsce coś lepszego. Ale teraz już późny wieczór i nie chce mi się wychodzić na podwórze. Idźmy spać, Mikołajku.
Pani Celina podreptała słać łóżka. Ścieląc brzuchate poduszki, wspominała dalekie, odległe czasy, kiedy była jeszcze bardzo młoda i pan Mikołaj był bardzo młody, i oboje któregoś tam poranka popijali kawę niedzielną. W owych zamierzchłych czasach Młynek wyglądał tak: cały w kolorze wiśniowym. Mosiężny dzbanuszek, do którego wsypujemy ziarnka, świecił jak pełnia księżyca. Korbka lekko-lekko wygięta. W pudle szufladka, otwierająca się z większą gracją niż drzwiczki karety... Więc Młynek był wtedy młody i pani Celina młoda, i młody pan Mikołaj przynosił pani Celinie bez. W ogóle wszystko w kuchni weseliło się jak na wiosnę: kocioł z miedzi, tarka, wyżymaczka, nawet pogrzebacz. A Młynek
do kawy tak wówczas podśpiewywał, gdy kawę mełł:
Kto w tym młynku miele kawę,
ten ma z kawą łatwą sprawę:
10 deka zmielę mu
w przeciągu sekundy.
Dziś natomiast nasz Młynek wygląda kiepsko: szufladka zacina się, że jej czasem w ogóle nie można wyciągnąć, mosiężny dzbanuszek stracił swój blask, korbka zwisa beznadziejnie w dół, wesoła, wiśniowa politura wypłowiała. Mało tego — przy mieleniu kawy Młynek stęka i podskakuje. Nic tedy dziwnego, że pan Mikołaj postanowił wyrzucić go na śmietnik, nic prostszego, że pani Celina uznała ten projekt za bardzo, bardzo roztropny.
O godzinie 22 poszli oboje spać. Skoro tylko kolejarzowa przytknęła głowę do poduszki, natychmiast spod poduszki wysunął się jej sen. Młynek, patrzący przez dziurki w tarce, struchlał. Sen kolejarzowej Celiny przeraził go nie na żarty. Bo spod poduszki wychodziły całymi rzędami nowiutkie młynki i wszystkie odwracały się do niego plecami i trajkotały:
— Ach, ty stary młynku, zginiesz na śmietniku!
Widocznie prawdę mówił Mikołaj. Stary Młynek zginie w śmietniku. Nie, on nie chce ginąć w śmietniku! Czuje się jeszcze w pełni sił. Zresztą uważa, że w najgorszym wypadku mógłby pójść do reperacji.
Ale decyzja kolejarza wydała się Młynkowi krzyczącą niesprawiedliwością. Toteż sprawdził, czy jego państwo śpią snem głębokim, po czym zakręcił korbką i jak mały aniołek wyfrunął oknem na ulicę.


JAK MŁYNEK DOSTAŁ SIĘ
DO PRZYTUŁKU
DLA ZAGUBIONYCH PRZEDMIOTÓW

Była głucha noc. Śnieg padał wielkimi płatkami. Na ulicach miasta ani żywej duszy! Tylko przed Arsenałem policjant nieruchomy jak latarnia.
Młynek sunął blisko-blisko przy murach domów, bo bał się, żeby go kto nie zatrzymał i nie zapytał, skąd idzie i dokąd.
Niestety nie udało się.
— Odpowiedz mi natychmiast, łaziku, co robisz na ulicy o tak późnej porze? — zapytał policjant, pochylając się nad Młynkiem.
— Nic nie robię, dobry panie — odparł Młynek. — Po prostu cierpię na bezsenność i wyszedłem na maleńką przechadzkę.
— A twoi rodzice lub opiekunowie?
— Nie mani rodziców ani opiekunów.
I przy tych słowach Młynek zapłakał tak rzewnie, że stary, dobry policjant również nie mógł powstrzymać się od łez. Ale zasłonił oczy ręką, żeby Młynek, broń Boże, nie widział, że on też płacze.
Młynek ukłonił się i chciał już pójść dalej, gdy policjant wyrzekł następujące słowa:
— Stop. Dalej nie pójdziesz. Oddamy cię do Przytułku. Wszystkie dzieci, które nie mają rodziców lub opiekunów, muszą iść do Przytułku.
Młynek, chcąc nie chcąc, musiał pomaszerować z policjantem.
W Przytułku (był to, jak pewnie zgadujesz, Przytułek dla Zagubionych Przedmiotów) wyjęto mu z szufladki dokumenty osobiste i natychmiast zaprowadzono do łóżka. Dyrektor Przytułku, inwalida z czerwoną brodą, pewno by również odebrał Młynkowi pamiątkową fotografię, gdyby nie dobry policjant.
Przez cały czas pobytu w Przytułku Młynek ani razu nie zmrużył oka. Dyrektor bowiem oprócz czerwonej brody miał drewnianą nogę i stukał nią okropnie po podłogach. Żadna z sierot nie mogła zasnąć.
A sieroty były takie: stare fotografie jakichś pań w białych welonach, zapomniane w tramwaju rękawiczki z prawej ręki, dziurawe rondle, agrafki, spinki, kalosze, parasole. Był tam nawet globus, znaleziony pewnej nocy nad rzeką. Globus nie rozmawiał z nikim, wiercił się i pokazywał co chwila inną
część świata. W ogóle miał przewrócone w głowie.
Och, źle powodziło się Młynkowi w Przytułku. Codziennie rano „czerwona broda" obliczała znalezione przedmioty i wpisywała je do wielkiej księgi. Gdy pomyliła się w rachunku, tłukła bez litości drewnianą nogą te sieroty, które nieopatrznie nawinęły się jej pod rękę. Młynek wycierpiał najwięcej. Dyrektor nazywał go „hrabią", tupał na niego prawdziwą i nieprawdziwą nogą, a w końcu wpadł na pomysł kręcenia w nim orzechów...
Ostatnia noc w Przytułku była to najgorsza noc. „Czerwona broda" wpisała do księgi 17 znalezionych agrafek, a tymczasem w łóżeczkach spało tylko 15.
— Gdzie są te dwie agrafki, ach, gdzie są te dwie agrafki? — całą noc wrzeszczał dyrektor i stukał drewnianą nogą we wszystkie podłogi.
Nawet globus był z tego powodu oburzony i na znak oburzenia wysunął w braku języka półwysep Somali.
Ale rano, gdy dyrektor nareszcie zasnął, Młynek usłyszał koło swego łóżka znane głosy. To wierni przyjaciele, Tarka i Pogrzebacz, dowiedzieli się od zbiegłej agrafki o przygodzie Młynka i pośpieszyli mu na ratunek.
— „Drewniana noga" chrapie — szepnął Pogrzebacz. — Drzwi na ulicę otworzyłem sobą jak kluczem. Uciekaj. Napisz do nas, jeśli cię znów spotka kiedy jaka zła przygoda. A pamiętaj, że Mikołaj i Celina są bardzo źli na ciebie i za wszelką cenę postanowili cię schwytać. Uciekaj. Bądź zdrów.
— Uciekaj — powtórzyła Tarka. — Oto twoje dokumenty osobiste.
Tarka zresztą tego ranka była w kwaśnym humorze. Uwierały ją pozostawione w kilku dziurkach resztki chrzanu.


SZYBA-DETEKTYW
UDAJE SIĘ
NA POSZUKIWANIE

Upłynęło kilka dni. Dzień w dzień kłócił się Mikołaj z Celiną z powodu zaginionego Młynka. Celina nazywała zbiegły Młynek „swoim najlepszym, najdroższym Młyneczkiem", Mikołaj powtarzał co chwila, że „oczywiście był to Młynek stary, ale kto wie, czy nowy nie będzie gorszy od starego". Mikołaj krzyczał, że to Celina gdzieś Młynek zapodziała, Celina, że Mikołaj, potem znowu Mikołaj, że Celina — w końcu Celina wyrwała Mikołajowi wszystkie włosy z głowy i Mikołaj musiał sobie kupić perukę. Wiele miał przykrości z powodu tej peruki.
W przepełnionych bardzo przedziałach wozów kolejowych, gdzie kontrolował bilety, panowały przeciągi i peruka często-gęsto fruwała ponad głowami pasażerów. Pasażerowie oczywiście szydzili z Mikołaja. Na koniec Mikołaj rozzłościł się, spalił perukę i zaczął nosić na głowie chustkę z czterema supełkami. W tym stroju wyglądał jednak tak brzydko, że Celina mówiła do niego:
— Ty potworze...
Wszystko — skutkiem głupiego pomysłu z Młynkiem.
Minął tydzień. Mikołaj właśnie miał urlop i nudził się okropnie. Sam nie wiedział, co robić. A kina nie cierpiał. Siedział na fotelu i wzdychał.
— Czemu wzdychasz? — spytała Celina.
— Młyneczka żałuję — odparł Mikołaj.
I oboje westchnęli ciężko.
— Żebyśmy chociaż mieli jego fotografię!
Niestety, fotografia Młynka zginęła wraz z nim samym. Ta pamiątkowa fotografia, którą Młynek schował do swej szufladki, było to zdjęcie całej kuchni Celiny w dawnych czasach, gdy wszystko tam cudownie się świeciło. I rondle miedziane, moździerz, durszlak i nawet zębate kółeczko do wycinania faworków. Na fotografii widać było kłąb pary nad garnkiem, w którym gotowała się wielka, wspaniała, smaczna ryba. Bo zdjęcie było zrobione w dniu imienin Mikołaja.
— Tak, tak, Mikołajku — westchnęła Celina. — Nie ma naszego Młyneczka.
Ale Mikołaj, jak to mówią, wpadł na pomysł. Dał ogłoszęnie do gazety treści następującej:

„Potrzebny zdolny
detektyw do odnalezienia
ukochanego Młynka.
Mikołaj,
kontroler biletów kolejowych".
Już wieczorem zgłosił się detektyw. Była to stara i bardzo brudna Szyba. Tkwiła kiedyś w oknie należącym do bardzo złośliwego poety. Ów poeta słynął jako człowiek wyjątkowo złośliwy. Mówiąc, przekręcał wyrazy, a o pełni księżyca pisał, że to garb wielbłąda. Przy pisaniu swych złośliwych wierszy raz po raz tak zerkał w Szybę, że Szyba też zrobiła się w końcu zła i złośliwa. Koń oglądany przez nią przemieniał się w osła, a pełnia księżyca w wielbłądzi garb.
Wchodząc do pokoju Mikołaja, Szyba zaczęła chichotać.
— Czemu się śmiejesz? — zapytał Mikołaj.
— Bo ty jesteś taki pokraczny w tej chustce z czterema
supełkami.
Mikołaj spojrzał na żonę z wyrzutem, bo przypomniał sobie, że to ona oskalpowała go... A wszystko przez ten piekielny Młynek!
Narada Szyby z Mikołajem odbyła się przy drzwiach zamkniętych.
W godzinę później Szyba-Detektyw udała się na poszukiwania. Na ulicy nikt jej nie widział. Celina bowiem wyczyściła ją „Sidolem" i zamszową ściereczką.


W ROZGŁOŚNI

Nasz Młynek miał się z pyszna! Kręcił korbką, wsuwał i wysuwał szufladkę, ale nic nie pomagało. Nijak nie mógł się rozgrzać. Toteż już nie szedł, ale pędził przez ulice miasta. Ciągle przy tym bał się, żeby w dodatku nie zapytano go, dokąd idzie i skąd, bo wtedy znowu zamknięto by go w jakim okropnym przytułku.
Po paru godzinach uciążliwej drogi stanął wreszcie na podwórzu niewysokiego, ale bardzo dziwnego domu. Był to dom Rozgłośni Radiowej. Koło klombu posypanego śniegiem stała psia buda. Chociaż okna Rozgłośni były szczelnie zamknięte, a również drzwi, przez szparki w drzwiach i oknach wypływała na świat coraz to inna muzyka. Raz wesoła, raz smutna, potem smutno-wesoła, potem na przemian wesoło-smutna. A również można było usłyszeć muzykę ani wesołą, ani smutną, tylko zwyczajną.
Młynek stanął sobie skromnie koło psiej budy i słuchał muzyki. Z budy wyszedł pies i obwąchał Młynek. Przewrócił go nawet kilka razy do góry nogami i odgryzł guzik przy szufladce.
— Jeszcze nigdy nie jadłem na śniadanie młynka do kawy — warknął pies.
Jakże smutno było pomyśleć Młynkowi, że jest nienowy i zniszczony, a w dodatku podły pies odgryzł mu guzik od szufladki! Wtem poczuł, że go ktoś chwyta za korbkę i podnosi do oczu. Po chwili znalazł się w cieple. Wysokimi schodami niesiono go na górę, potem przez pokój pełen pracujących urzędników. Wszystkie miejsca, które przebywał, były ciepłe. Urzędnicy uśmiechali się, a na oknach stały kwiaty
w doniczkach. Pod wpływem tylu przyjemnych rzeczy Młynek rozmarzył się i zasnął. Ledwo-ledwo słyszał, co koło niego i o nim mówiono.
Właśnie były imieniny Kierownika Rozgłośni. Wszyscy urzędnicy już poskładali podarunki: jeden pudełko wykałaczek, drugi ozdobny kafel do pieca, a najstarsza urzędniczka kupiła Kierownikowi trzy czerwone róże.
Jedynie Albin, trzeci spiker Rozgłośni, nie miał ani grosza na kupno podarunku. Już od trzech dni martwiła go ta sprawa.
Lecz cóż miał począć? Wszystkie zaoszczędzone pieniądze musiał oddać swej siostrze. Siostra była chora na płuca i lekarze kazali jej wyjechać do Egiptu. Ciężko zrozpaczony szedł Albin do Rozgłośni, zupełnie nie wiedząc, co pocznie. Nagle na podwórzu, tuż koło psiej budy, spostrzega Młynek do kawy. Podnosi go, ociera ze śniegu, pędzi po schodach i nieśmiało stawia na biurku Kierownika.
Zegar Rozgłośni wydzwaniał akurat przerwę na drugie śniadanie. Kierownik spożywał kakao z bułką.
— Niech pan Kierownik na mnie się nie gniewa — powiedział Albin, stawiając na biurku Młynek do kawy. Co mogę, to daję. Musiałem wysłać, widzi pan, siostrę do Egiptu.
— Serdecznie dziękuję, panie Albinie, serdecznie dziękuję — odparł Kierownik, skończył śniadanie i zabrał się do liczenia pieniędzy.
Młynek zasypiał coraz głębiej. Już-już zaczynał śnić mu się sen, że we wszystkich, wszystkich domach na świecie wesołe młynki mielą dobrą, gruboziarnistą kawę.
Tymczasem Kierownik liczył wielkie srebrne monety, które zebrał wśród urzędników na budowę szkół powszechnych. Gdy wymawiał piękne, długie słowo „sto pięćdziesiąt siedem", woźny uchylił drzwi i szepnął:
— Pan Żabot chciałby mówić z panem Kierownikiem.
— No, niech wejdzie — rzekł Kierownik, wsypując wielkie srebrne pieniądze w szufladkę Młynka.
Ale pan Żabot, który już stanął w drzwiach, zdążył zobaczyć, jak Kierownik wsypywał pieniądze do szufladki. Na widok monet oczy błysnęły mu jak gwiazdy, gdyż na monety był tak łakomy, jak na chałwę. Pan Żabot słynął bowiem w całym mieście jako największy obżartuch.
Od rana do wieczora krążył po domach udając nieszczęśliwego, co nie jadł tydzień, i wyłudzał pieniądze niby to na lekarstwo dla swej chorej babci. W gruncie rzeczy każdą wyłudzoną sumę natychmiast trwonił na chałwę. Łakomy oszust miał jednak za swoje. Ustawiczne jedzenie chałwy
doprowadziło go do takiej otyłości, że z trudem przeciskał się przez najszersze drzwi. Pan Żabot był akurat tak otyły jak balon. Nawet krążyły plotki, że w dni pogodne fruwa nad miastem na swym brzuchu. Ale w tej chwili pan Żabot nie fruwał. Ugrzązł w drzwiach i nie mógł dać kroku ani w przód, ani w tył. Mocując się z futryną, płakał rzewnymi łzami i ciągle powtarzał to swoje: — Już cały tydzień nic nie jadłem. Ach, gdybym miał choć grosik na lekarstwo dla babci!
— Czym mogę panu służyć? — spytał Kierownik.
— No, przecież już powiedziałem, że obiadkiem — odparł Żabot.
— Ha, obiadkiem — powtórzył Kierownik. — Takich, którzy mają apetyt na obiadek, jest w naszym mieście bardzo dużo. Czy bardzo wielki ma pan apetyt?
— Bardzo wielki.
— Hm... Prawdę mówiąc, to teraz jest pora pracy, a nie pora obiadku. Jako Kierownik Rozgłośni mógłbym poczęstować pana najwyżej muzyką. Mam właśnie do wypróbowania nowe płyty gramofonowe. Czy zagrać na gramofonie?
— Zagrać.
Kierownik nastawił płytę z Mozartem. Mozart to taka ładna muzyka.
— Czy ładnie? — spytał Kierownik.
— Ładnie... Ale cóż, kiedy ja nie mam na lekarstwo dla babci. Och, żeby pan dał mi choć grosik.
— Nie mam ani grosika.
— To niech pan mi da chociaż ten młynek. Skręcę w nim dla chorej babci dwa ziarnka kawy, które podarowała mi pewna litościwa osoba.
— I młynka też nie dam. To podarunek imieninowy.
Kierownik nieznacznie potrząsnął Młynkiem, żeby sprawdzić, czy nie zginęły przypadkiem te wielkie, srebrne pieniądze.
Tymczasem przez szpary w podłodze zaczęła promieniować muzyka. Na dole w studio urządzono dla radiosłuchaczy koncert z płyt gramofonowych. Niektóre płyty grzmiały jak wesoła wiosenna burza, inne wygrywały stare walce. Pewien stary walc był tak śliczny, że Młynek przebudził się. Koniecznie, i to natychmiast, zachciało mu się zobaczyć, jakim sposobem powstają takie cudowne dźwięki.
„Muszę koniecznie wyjaśnić, skąd biorą się takie tony" — rzekł do siebie Młynek, zakręcił korbką i wyleciał z pokoju. Żabot rzucił się za nim w pościg, ale ponownie ugrzązł w drzwiach i zatarasował drogę Kierownikowi. Obaj krzyczeli:
— Łapać młynek!
Młynek, słysząc te straszne hałasy, zrezygnował z oglądania gramofonu. Wyleciał przez drzwi prosto na ulicę, a że śnieg padał płatkami tak wielkimi jak Jasiek (taka poduszka), już po chwili zniknął z oczu wszystkim ścigającym. Mijał właśnie przystanek tramwajowy, na którym czerwieniła się reklama lunaparku, gdy nagle — zastąpiła mu drogę Szyba-Detektyw.


BALONY

— Czego sobie życzysz, moja Szybko? — spytał Młynek, ponieważ nie wiedział, że podła Szyba jest detektywem nasłanym, żeby go złapać.
— Czego sobie życzę? Najprzód ty, Młynku, powiedz mi uprzejmie, czemu to tak ciężko stąpasz?
— Rzeczywiście: ach, czemu tak ciężko stąpam? — powtórzył Młynek. Bo zaraz po sfrunięciu z biurka Kierownika Rozgłośni uczuwał w nogach jakiś ciężar, jakby przed grypą. Otworzył tedy szufladkę i o dziwo! znalazł w niej bardzo dużo srebrnych pieniędzy.
— Ach, jakie śliczne pieniądze — zadzwoniła Szyba. — Daj, pobawimy się nimi.
— Nie, nie — odciął Młynek i długo nie namyślając się rozdał wszystkie pieniądze żebrakom. Z tego powodu Szyba nazwała Młynek najgłupszym młynkiem na świecie i zaczęła podstępnie skierowywać jego kroki w tę stronę miasta, gdzie mieszkali Mikołaj i Celina.
Droga wiodła przez lotnisko. Śnieg już dawno ustał, ale wszystko w dalszym ciągu bieliło się: pałąki wozów elektrycznych, wieże kościelne i koguciki na wieżach kościelnych, wskazujące kierunek wiatru. Na lotnisku grało pięć orkiestr i pięć balonów stratosferycznych odrywało się właśnie od ziemi. Młynek popatrzył do góry na żeglujące obłoki i nagle tak mocno zachciało mu się zobaczyć żeglujące obłoki
z bliska, że sam nie wiedząc, co robi, wskoczył do gondoli balonu. Nikt nie zauważył małego Młynka. Tylko Szyba podskoczyła za nim i uczepiła się jego szufladki.
Balon szybko sunął do nieba, pozostałe cztery balony również. Tłumy zebrane na lotnisku powiewały chusteczkami, pięć orkiestr grało „Marsza Wielkich Uczonych". Bo w pięciu gondolach pięciu balonów odlatywali wielcy uczeni, aby tam, wysoko, nad ziemią, dokonać trudnych i pożytecznych pomiarów.
— Odczep się ode mnie — rzekł Młynek do Szyby, gdy przelatywali nad kościelną wieżą.
— A właśnie że nie odczepię się.
W tej chwili jednak szufladka wysunęła się i Szyba wraz z szufladką poczęła spadać w dół.
— Ratunku! — zawołała Szyba.
Jej krzyk został wysłuchany. Bo powstał ogromny wiatr, podbił szufladkę z Szybą wysoko-wysoko do góry i po paru minutach i Szyba, i szufladka zniknęły z oczu Młynka.
— Odczepiła się ode mnie na zawsze — rzekł Młynek. — Tylko szufladki szkoda. Były w niej moje dokumenty osobiste, a co najważniejsze — pamiątkowa fotografia.
Huragan, co powstał przed chwilą, był to najstraszniejszy huragan, jaki kiedykolwiek dął na ziemi. W górze, wysoko, nad ziemią, było trochę ciszej. Ale i tam uczeni profesorowie z trudem dokonywali swych pomiarów.
Każdy balon wylądował gdzie indziej. Pierwszy w Meksyku, w miejscowości Nueve Leon. W dali, jak za mgłą, widniało pasmo górskie, na pierwszym planie rosły wysokie jak drzewa krzaki dracenowe. Pomiędzy dracenami odpoczywał na koniu Meksykanin w ogromnym kapeluszu, tęsknie zapatrzony w horyzont. Skwar płynął z nieba, jak roztopione złoto, załomy skał były puste i łyse jak w pierwszych dniach Stworzenia. Z całego krajobrazu tchnęło pustką i rozpaczą.
Drugi balon wylądował w Azji, pod miastem Szanghaj, wielkim portowym miastem Chin. Przez swe dalekosiężne lunety ujrzeli uczeni profesorowie uliczkę chińską, pełną kolorowych wywieszek handlarzy. Wiatr kołysał wywieszkarni, a na wywieszkach kołysały się chińskie litery podobne do kwiatów. Te wywieszki nad sklepami nadawały ulicy bardzo wesoły wygląd, ale twarze przechodniów były
smutne.
Trzeci balon wylądował również w Azji, w kraju zwanym Annam. Szeroką słoneczną drogą wędrowali na targ mieszkańcy tego kraju, Annamici, należący do rasy mongolskiej. Na ich ramionach spoczywały nosidła, do których, jak wagi, przyczepione były kosze z towarami. Z daleka Annamici byliby podobni do polskich wieśniaczek, które niosą w wiadrach wodę ze studni, gdyby nie to, że głowy Annamitów przykrywały dziwaczne kapelusze podobne do kloszy na stare, naftowe lampy.
Czwarty z kolei balon osiadł pod Królewską Hutą na Górnym Śląsku. Kto wie, czy nie było tu ładniej niż gdzie indziej! Fabryka huczała przy fabryce, z tysiąca kominów buchał radosny dym.
Dym bijący z fabrycznego komina świadczy, że mają pracę robotnicy i inżynierowie, a dzieci inżynierów i robotników — białą kawę przed pójściem do szkoły i zabawki po szkole.
Zaś piąty, piąty balon, ten sam, do którego przyczepił się Młynek do kawy, wylądował na księżycu.
Na księżycu było pusto i nudno jak na stepie. Ani roślinności, ani fabryk, ani ludzi, tylko kratery wulkanów i czarne, nieruchome morze. Żeby choć jeden mały domek, gdzie znalazłaby się uczciwa praca dla Młynka do kawy! Całe szczęście, że morza księżycowe nosiły przynajmniej cudowne łacińskie imiona. Jedno z mórz miało na imię Marę Tenebrarum, co znaczy Morze Ciemności.


MŁYNEK ZNALAZŁ SZUFLADKĘ,
A STELLA
JESZCZE NIE ZNALAZŁA MŁYNKA

Nie trzeba ukrywać, że księżyc był piekielnie obrażony na przybyły balon. Jego dąsy dostrzeżono nawet na ziemi i Mikołaj rzekł do Celiny:
— Spójrz, Celinko, jaki okropny dzisiaj księżyc.
— Zupełnie podobny do ciebie — odparła Celina, widząc krzywe wąsy męża i tę chustkę z czterema supełkami. Oboje byli zresztą rozdrażnieni brakiem wiadomości od szklanego Detektywa.
A księżyc był taki zły! Bo pomyślcie tylko! On jest zajęty pracą naukową, która ma na celu regulację Oceanicznego przypływu i odpływu, a tu przyjeżdża balon z jakiejś ziemi i cała gromada hałaśliwych ludzi ogląda go i dotyka, jakby on był zabawką na sprzedaż. O złość największą przyprawił księżyc ten głupi Młynek do kawy, który jak gdyby nigdy nic wędrował sobie po górach i zaglądał do kraterów.
I księżyc na znak oburzenia przemienił się w półksiężyc. Młynek znalazł się po ciemnej stronie księżyca. Nagle co to? Mosiężna miseczka Młynka błysnęła tak radośnie, jak oko chłopca, który sam rozwiązał trudne zadanie: w załomie skalnym leżała szufladka.
— O, moja najdroższa szufladko! — wykrzyknął Młynek. — Nareszcie jesteśmy razem. Ach, ucałowałbym cię w twój guziczek, gdyby nie to, że podły pies radiowy odgryzł go swymi ostrymi zębami.
Tu Młynek wsadził szufladkę na stare miejsce. Po chwili chciał ją znowu wysunąć, aby nacieszyć się widokiem pamiątkowej fotografii, ale czyjaś zimna dłoń spoczęła na jego korbce. Była to lodowata dłoń Szyby.
— Mam cię, łaziku — zazgrzytał Detektyw. — Teraz już mi nie umkniesz. Jestem Szyba-Detektyw i jeszcze dziś oddam cię w ręce twych opiekunów.
— Pogróżki dla pietruszki — odparł Młynek.
Z całej siły rozkręcił korbkę i całą siłą palnął w podłą Szybę. Że Szyba nie pękła, to cud. Wystąpiła jednak na niej rysa. Szyba zleciała z księżyca.
Zleciała na ziemię i wpadła kominem do mieszkania pana Mikołaja. Na ziemi jakież zmiany! Celina już dawno umarła, a na wieżach kościelnych stare koguciki zastąpiono nowymi. Mikołaj, siwy jak biały niedźwiedź, siedział w fotelu, trzymając na kolanach swoją wnuczkę Stellę. Stella jej było na imię.
— On jest na księżycu! — zdyszanym głosem wrzasnęła Szyba. I pękła.
— Ach, jaka szkoda Szyby! — zawołała Stella, bo darzyła miłością wszystkie rzeczy na świecie, nawet te, które miały serca tak fałszywe, jak Szyba-Detektyw. I pobiegła do kuchni po szczotkę i śmietniczkę, żeby zmieść szklane odłamki. Aby dziadziuś nie skaleczył się w pantofel.
A dziadziuś zachodził i zachodził w głowę, co by mogły oznaczać słowa Szyby: „On jest na księżycu". Bo już był bardzo stary i — jak to u starych — wypadła mu nagle z głowy cała historia z Młynkiem. Lecz po niejakim czasie przypomniał sobie wszystko: i ten wieczór, kiedy postanowili z Celiną wyrzucić Młynek na śmiecie, i to południe, kiedy Celina wydarła mu wszystkie włosy z głowy. Bo od tego czasu musiał nosić perukę, a potem chustkę z czterema supełkami. Jakże to wszystko dawno... Mój Boże...
I dziadziuś Mikołaj wziął znowu Stellę na kolana, i opowiedział jej po raz tysiączny historię z Młynkiem. Tym razem jednak opowiadał tak zajmująco, w takich czarodziejskich barwach przedstawił korbkę, szufladkę i mosiężny dzbanuszek, że Stella za wszelką cenę postanowiła odnaleźć zbiega.
— Odnajdę go, dziadziusiu, choćby nawet skrył się w Australii! — powiedziała Stella i tupnęła nogą na znak, że nie żartuje.
Już nazajutrz odważna dziewczynka wyruszyła w trudną, daleką podróż. Miasto jeszcze spało. Lekki wiatr dmuchał w ogony kogucików na kościelnych wieżach. Pod dachami domów kręciły się jaskółki tak świergotliwie, jak gdyby Pan Bóg wyrzeźbił je ze skrzypcowego drzewa. Na balkonie stał dziadziuś i patrzał w ślad za oddalającym się plecakiem Stelli, błogosławił swoją wnuczkę i płakał.


ZDRADLIWY
„KSIĘŻYC"

Któż opisze zdumienie naszego Młynka, gdy raptem na księżycu usłyszał dźwięki muzyki ? Była to wesoła i grzmiąca muzyka miedzianych trąb. Wypływała spoza najwyższego wulkanu. Młynek zbiegł ze szczytu góry, przebiegł dolinę i wspiął się aż do samego wierzchołka muzykalnego krateru. To, co zobaczył po drugiej stronie, napełniło go wesołością aż do końca życia. Na rusztowaniu umajonym zielenią siedziała orkiestra strażacka, wygrywająca skoczne marsze na fletach, helikonach, waltorniach i trombonach. Dyrygent orkiestry machał pałeczką.
Przed bramą hałasowali chłopcy przebrani w maski błaznów, przed bramą pchały się setki i tysiące ludzi. W strzelnicach wąsaci panowie strzelali do kaczek ze szklanymi oczami, na „amerykańskiej kolejce" jeździły siwe staruszki. W Młynie Diabelskim kręciły się nie tylko dzieci, ale również małe,
tresowane kangury. Duże kangury skakały przez ogniska, które nie parzyły. Gdy strażacy przestali grać i poszli na drugie śniadanie, odezwały się ukryte w drzewach głośniki radiowe. Głośniki śpiewały walca „Ziarnko Kawy". Był to stary, uroczy walc, dobrze znany naszemu Młynkowi. I dlatego przyłączył się do tańczących.
Tańce odbywały się na polanie dąbrowy. Tańczyli robotnicy z tkalni i robotnicy rolni, jedni i drudzy ze swymi dziewczynami. Jedna dziewczyna była tak ładna, że Młynek uważałby dla siebie za najwyższe szczęście ofiarować się jej jako prezent ślubny. W koronach dębów siedziały tresowane wiewiórki i zrzucały na tańczących chmury konfetti.
Tuż za lunaparkiem był zwierzyniec, ulubione miejsce wycieczek dla wszystkich mieszkańców miasta. W zwierzyńcu chowało się mnóstwo zwierząt: słonie, wielbłądy, białe i bure niedźwiedzie, tapiry i mrówkojady, zebry i żyrafy, a co ptaków! Flamingi, kormorany, ibisy, orły! Były papugi, mówiące bez błędu tabliczkę mnożenia, a również najdziwniejszy ptak australijski z ogonem w kształcie liry. Małe wózeczki zaprzężone w koty rozwoziły czekoladę i lemoniadę, a brodate koziołki kłóciły się podczas gry w kręgle.
Więc wszystko uciszyło się i ze wszystkich głośników radiowych wypłynęło następujące zdanie:
— uwaga, UwAgA, UWAGA!
— młynek do kawy, MŁYnEk Do KaWy, MŁYNEK DO KAWY przepadł bez wieści z domu kolejarza Mikołaja. Szuka go Stella, wnuczka kolejarza Mikołaja. Kto dopomoże do odnalezienia zbiegłego Młynka, otrzyma w nagrodę kilo chałwy, bilet do kina i brodatego koziołka.
— uwaga, UwAgA, UWAGA!
Cały lunapark rzucił się na poszukiwania.


W GROCIE JEŻA.
WYSPA ATRA

Ale Młynek był już daleko-daleko, aż za torem kolejowym. Ponieważ czuł się nieco zmęczony, skorzystał z uprzejmego zaproszenia jeża.
Jechał na grzbiecie jeżowym, podśpiewując sobie marsza „Złota Parówka":
To są chyba jakieś czary
czarownicy złej:
dużo jest na świecie pary,
lecz parówek mniej! —
śpiewał Młynek, a jeż śmiał się. Mijali właśnie wielkie pole kartoflane. Kartofle kwitły. Na znak, że nie udają, a kwitną naprawdę, chwiały swymi liliowymi kwiatuszkami. Każdy kwiatek jak sukienka zapinał się na złoty guziczek. Nad polem kręciły się pszczoły i motyle, a wśród motyli wielki motyl, zwany Admirałem. Był to jednak admirał floty handlowej, takiej, która wozi ryż i rodzynki.
— Tutaj będzie koniec naszej podróży — powiedział jeż, wskazując ryjkiem rozłożysty dąb, na którym siedziały trzy sowy.
Koło dębu piętrzyła się wysoka skała, w skale zaś były drzwi. Jeż zamruczał: „rapete papete knot" — i drzwi otwarły się. Byli w grocie, oświetlonej niebieskim, promiennym światłem.
— Proszę, proszę tutaj.
Przed oknem wykutym w skale ukazał się stół, na nim świeca, a przy nim fotelik.
Jeż skłonił się i oddalił.
Długie, długie miesiące spędził Młynek przy tym stole pod oknem. Czarodziejska świeca nie gasła nigdy. Trzy razy dziennie, w godzinach posiłków, kładł jeż przed Młynkiem ziarnko kawy „Uzumbara" i ciągle powtarzał:
— Czytaj, czytaj, kolego.
Jakie były tytuły książek, które czytał Młynek w grocie jeża, nie wiemy. I już nigdy nie będziemy wiedzieć. To wielka tajemnica.
Pewnego dnia Młynek zabrał się do czytania książki, której przedtem nigdy jeszcze nie widział. Gdy doszedł do czterdziestej stronicy, na uśmiech odpowiedział uśmiechem. Bo na czterdziestej stronicy uśmiechała się fotografia dziewczynki z kasztanowatym warkoczykiem i pąsową wstążką, wplecioną w ten warkoczyk. Młynkowi fotografia tak przypadła do gustu, że za pozwoleniem jeża schował ją do swojej szufladki.
— Już ostatnia książka, którą czytasz — rzekł jeż. — Gdy dojedziesz do ostatniej strony, pamiętaj, że będziesz musiał wykonać to, co tam będzie napisane.
— Zgoda — odparł Młynek i z ciekawości natychmiast zajrzał na ostatnią stronicę. A na stronicy ostatniej było poniższe zdanie: „Nadejdzie czas, że przeczyta mnie Młynek do kawy. Trzy sowy na dębie nie kłamią. A kiedy proroctwo się spełni, wtedy ja przemienię się w gwiazdę, a Młynek do kawy odejdzie na wyspę Atra. Babot Marabot".
Przy tych słowach książka przemieniła się w gwiazdę i wyfrunęła przez okno. Bywa, że przeczytane książki postępują w ten sposób.
W drodze do wyspy Atra różne przygody spotykały Młynek, a jedna dziwniejsza od drugiej: to go złe koty napadły i przez trzy dni więziły w opuszczonym gołębniku, to znowu Młynek został porwany przez wylew rzeki i musiał płynąć w niemiłym towarzystwie po szerokiej, huczącej wodzie. W końcu, gdy wszystkie przygody przezwyciężył, znalazł się na brzegu olbrzymiego morza. W dali ciemniała wyspa Atra.
Już po zapachu poznał (a któż ma lepszy węch niż młynki do kawy ?), że trawa wyspy jest przypalona. To, co zobaczył dalej, było straszliwie smutne: wysocy ludzie bawili się ołowianymi żołnierzykami. Wąską dróżką zbliżały się ku sobie co chwila nowe armie, ludzie wołali „kłuj, kłuj !'c i ołowiane żołnierzyki, przebijały sobie serca bagnetami. Widząc to ołowiane matki ołowianych żołnierzyków umierały z rozpaczy w małych, ołowianych domkach. A źli ludzie strzelali i strzelali z armat. A jak im znudziło się strzelanie, siadali do samolotów i zrzucali z góry na ołowianych żołnierzyków bomby z trującymi gazami. Potem znowu wracali na ziemię i badali starannie poziomice na mapach.
— Nie, nie, tak być nie powinno! — zawołał Młynek, bo przypomniał sobie wszystkie mądrości, które poznał z łacińskich książek w grocie jeża. I poszedł do najwyższego pana z wielkimi, czarnymi bokobrodami, tego, który ze wzgórza kierował całą bitwą.
— Młynek do kawy! Młynek do kawy! — zachichotał pan z czarnymi bokobrodami, pokazując Młynek kolegom.
A nasz Młynek podniósł leżącego na wznak ołowianego żołnierzyka i poprosił, żeby popatrzeć na niego pod słońce.
— Nigdy nie oglądaliśmy ołowianego żołnierzyka pod słońce! — zawołali naraz wszyscy wysocy ludzie.
Ołowiany żołnierzyk oglądany pod słońce był zupełnie różowy. Krew w nim płynęła, zwykła ludzka krew.
— A to co takiego ? — zwrócił się do Młynka ten najwyższy, z czarnymi bokobrodami, wskazując na jakąś rzecz w lewym boku żołnierzyka. — Wygląda na czerwone, wielkanocne jajo.
— To serce, proszę pana. Serce ołowianego żołnierzyka. Ale już przestaje bić, bo go pan zabił. Ołowiany żołnierzyk umiera...
Kiedy Młynek do kawy znalazł się na powrót na wybrzeżu morskim, spotkał na nim wiele dzieci, które posłyszały o tym, jakie to okropne rzeczy dzieją się na wyspie Atra. Dzieci były zrozpaczone. Nie wiedziały, jak pomóc tym żołnierzykom.
Rzekł Młynek:
— Nic nie martwcie się, moi drodzy. Wszystko będzie dobrze. Przyjdzie czas, że przeczyta mnie Młynek do kawy. Wtedy ja przemienię się w gwiazdę... Och, przepraszam. Nie to chciałem powiedzieć. Niech mnie gęś kopnie. Człowiek od starości traci pamięć. Chciałem wam powiedzieć, co mi przyszło do głowy, kiedym powracał z okropnej wyspy Atra.
— No co ? — zawołał Murzynek z miejscowości Mwanza w Afryce, który również przybiegł na wybrzeże.
— No co? — krzyknął synek sędziego amerykańskiego z miasta Chicago i mały Polak spod Sandomierza.
— Zaraz, zaraz wam powiem. Założymy Wszechświatowy Klub Dzieci, WKD. Za miesiąc, już jako WKD, zbierzemy się wszyscy w Wilanowie pod Warszawą i tam naradzimy się, co robić. Niech żyją ołowiane żołnierzyki!
— Niech żyją, niech żyją! — powtórzyły dzieci, wszystkie chórem: i Polak spod Sandomierza, i Niemiec z Norymbergi, i Amerykanka z New Yorku, i Chinka z Szanghaju, i Japończyk z Jokohamy. A wróble usłyszały całą naradę i rozniosły jej słowa po całym, całym świecie, do wszystkich domów, gdzie są dzieci. A dzieci są na całym świecie, tak jak wróble.


MŁYNEK SPOTYKA STELLE
W WILANOWIE
l TYSIĄC INNYCH SPRAW

Punktualnie po miesiącu WKD zebrał się w Wilanowie, ale nie przed pałacem, tylko za pałacem, żeby go nikt nie widział. Bardzo z tego powodu radował się Murzynek z Mwanza, ponieważ tylna ściana pałacu była umalowana w piękne freski przedstawiające żeglarza Odysa. Ostatni fresk wyobrażał nie tylko Odysa, ale również jego psa imieniem Areus. Na widok tylu głów dziecinnych Areus wesoło szczekał, przeskakiwał przez dach pałacu, a potem znowu wracał na swe miejsce w malowidle.
Punktualnie o godzinie 14 minut 7 Młynek do kawy wszedł na zegar słoneczny, aby wygłosić powitalne przemówienie.
— Wiwat Młynek! — zawołały dzieci i jęły wymachiwać chorągiewkami różnych, najweselszych kolorów.
— Moje dzieci, zanim pójdziemy na wyspę Atra na odsiecz żołnierzykom — zaczął Młynek, ale nagle urwał. Bo od dłuższego czasu świdrowała go wzrokiem dziewczynka z kasztanowatym warkoczem i pąsową wstążką. Młynek jeszcze nie wiedział, że to Stella, ale ty wiesz.
— Powiedz, proszę, kto ci pozwolił tak świdrować mnie oczami? — warknął Młynek pod adresem Stelli. — Czyż nie wiesz, że to mnie denerwuje, a kto wygłasza przemówienie, nie może być zdenerwowany. Patrz lepiej na psa Areusa i nie przeszkadzaj mi!
— Nie przeszkadzaj, nie przeszkadzaj, kiedy przemawia Młynek, dobry pan, bwana kubwa — przytaknął Murzynek z Mwanza.
Stella odwróciła głowę, ale niechętnie. Widać musiała przywędrować z bardzo dalekiego kraju, ponieważ jej pantofle były niesłychanie zapylone.
— Moje dzieci — ciągnął Młynek. — Zanim więc pójdziemy na odsiecz ołowianym żołnierzykom, musimy najprzód porozumieć się. Musimy znaleźć jakąś wspólną prawdę. Powiedzcie mi więc, ile jest 2x2?
— 4 — odparły dzieci chórem, wszystkie jak jedno: i mały Amerykanin, synek sędziego z miasta Chicago, i mały Polak spod Sandomierza, i Murzynek z Mwanza, i Chinka imieniem Ho.
— Świetnie, cudownie! — zawołał Młynek i zeskoczył ze słonecznego zegara. — A teraz marsz na wyspę Atra na odsiecz ołowianym żołnierzykom.
— Hurra! Hurra! Hurra!!!
Milionowy pochód prowadził pies Areus, na końcu szła Stella z Młynkiem. Młynek kłócił się ze Stellą przez całą drogę. Ciągle korciło go, żeby otworzyć szufladkę i sprawdzić, czy ta dziewczynka na fotografii to nie jest przypadkiem Stella. Ale był na to zbyt dumny.
Granice wszystkich państw otwierały się przed pochodem dzieci jak bramy ogrodów, bo jak tu nie przepuścić dzieci przez granice! We wszystkich kościołach biły dzwony.
Gdy WKD na wielkim specjalnym okręcie dopłynął do wyspy Atra, absolutnie wszyscy źli ludzie, którzy bawili się żołnierzykami, skoczyli ze strachu do wody i potopili się.
Bo źli ludzie lękają się dobrych dzieci.
W powrotnej drodze do Wilanowa pochód był jeszcze dłuższy. Bo teraz na czele pochodu maszerowały ołowiane żołnierzyki, wesołe, że już nikt do nich nie będzie strzelał. Obok żołnierzyków ołowianych postępowały ich stare ołowiane matki, szczęśliwe, że już nikt nigdy nie zabije ich dzieci.
Niektóre żołnierzyki miały zabandażowane głowy.
W kościołach ciągle biły dzwony, i coraz huczniej.
Pod samym Wilanowem Młynek nie wytrzymał i zajrzał do szufladki. Tak, fotografia istotnie przedstawiała dziewczynkę z kasztanowatym warkoczykiem.
— Powiedz mi, czy ty naprawdę jesteś tą Stellą, która mnie szuka? — zwrócił się Młynek do dziewczynki.
Wtedy Stellą opowiedziała mu o dziadku Mikołaju, o starej kuchni i o tym, jak bardzo dziadek Mikołaj tęskni do swego starego Młynka.
— Wróć ze mną do rodzinnego miasta — nalegała Stella. — Mamy takie ładne szkoły powszechne...
— Ale jest ich jeszcze za mało!
— Wróć ze mną do rodzinnego miasta. W naszym rodzinnym mieście znajdziesz tyle młynków do kawy...
— Ale nie wszystkie młynki mają kawę do mielenia — odciął Młynek.
W końcu oświadczył, że się może jeszcze namyśli.
Wieczorem w parku oświetlonym pięciobarwnymi żarówkami odbył się BWKD, czyli Bal Wszechświatowego Klubu Dzieci. Pies Areus przeskakiwał przez dach, a gwiazdy zeskakiwały na murawę. Po balu Młynek zaprosił cały Klub do leśnego teatru, gdzie latarnia czarnoksięska miała pokazywać bajkę pt. „Kot w Butach".
— Ja będę pokazywał — rzekł Młynek — a jedno z dzieci niech opowiada, co widzi. Hallo, kto najładniej opowie o Kocie w Butach?
— Ja — odparła Stella. Podeszła do ekranu i kiedy Młynek puszczał obrazy, najśliczniej opowiadała całą historię Kota w Butach i Markiza de Carabasse. Wszystkie ołowiane żołnierzyki, nawet te z zabandażowanymi głowami, biły brawo, bo jeszcze nigdy nie słyszały takiego pogodnego opowiadania.
A Młynek ucałował Stellę i rzekł:
— Powrócę z tobą do rodzinnego miasta.


CZY WESTRADAMUS
BYŁ ANIOŁEM?

Całe lato wędrowali do rodzinnego miasta Stella i Młynek do kawy. Kiedy wreszcie w środku jesieni ujrzeli z dala bramę miejską, Młynek zapłakał. Bo stara brama była zniszczona i tylko na jednej wieży kościelnej kręcił się blaszany kogucik. Wszystkie inne koguciki zabiły podłe kule z wyspy Atra. Nie tylko rodzinne miasto Młynka zniszczyła wojna, nawet w dalekiej Polsce, w mieście Sandomierzu, kula przebiła na wylot piękny Ratusz.
Gdy tak szli przez ulice miasta, Stella również płakała. Ani jedna georginia nie kołysała się w ogródkach. Ludzie nie tylko nie mieli na georginie, ale również na zwykłą białą kawę. Dzieci wychodziły do szkoły bez śniadania, a za powrotem nikt nie częstował ich obiadem. Głód, zły czarownik z ognistą brodą, schwytał mnóstwo dzieci do worka i zatopił w dalekiej rzece.
Przez okna parterowych domków widać było kuchenki, w których dawno zgasł ogień, na półkach nudziły się bezczynnie młynki do kawy. Z kominów fabrycznych nie buchały, jak kiedyś, wesołe dymy, nie pracowano ani w fabrykach, ani w polu, nie wyrabiano ani książek, ani zabawek.
— Chodź, chodź, Młynku — powiedziała Stella. — Chodź, chodź. Pójdziemy do dziadusia Mikołaja. On musi być także głodny.
— Nie pójdę, Stello — odparł Młynek. — Nie miałby teraz dziaduś ze mnie żadnej pociechy. Trzeba najprzód zrobić porządek na świecie!
— Chodźże. Chodź. Dziadziuś bardzo ucieszy się, gdy ciebie zobaczy.
— Ale gdy przyjdę za parę dni, ucieszy się jeszcze bardziej.
I z tymi słowy rozstali się. Każde poszło w swoją stronę — Stella do dziadziusia, a Młynek do innych młynków.
O zmierzchu wszystkie młynki z całego miasta zebrały się w opuszczonej wozowni. Ileż miał trudu nasz Młynek, żeby zebrać swych kolegów! Cały dzień musiał chodzić, dreptać, zachęcać, namawiać. Z niektórych domów wyrzucały go kucharki.
— To jakiś, proszę pani, obcy młynek! — wrzeszczały kucharki, tupiąc ogromnymi nogami. A wtedy Młynek docierał do swego kolegi innym wejściem albo posyłał list za pośrednictwem brzęczącej muchy. Wreszcie późnym wieczorem cała wozownia zapełniła się młynkami. Nasz Młynek wspiął się na latarnię starej karety i wygłosił następujące przemówienie:
— Bracia młynki, spójrzcie tylko, co się dzieje. Był czas, gdy prawie wszystkie dzieci dostawały na śniadanie kubek białej kawy, dziś natomiast wszystkie dzieci wychodzą do szkoły bez śniadania.
— Prawdę mówi — smutno potwierdziły młynki.
— Był czas, kiedy nasze korbki kręciły się żwawo, dzisiaj stoimy nieruchomo na półkach i nikt nie otwiera naszych szufladek. A ponieważ staliśmy się niepotrzebni, przestano się w ogóle nami interesować. Grzybiejemy na półkach zapomniane, pokryte pyłem. A naszych mosiężnych policzków już żadna gospodyni nie czyści rozweselającą pastą. O, powiedzcie, bracia młynki, czy może ja kłamię?
— Prawdę mówi! — zawołały młynki chórem.
— Posłuchajcie więc, co wam powiem. Gdy byłem w grocie jeża...
— Gdzie ? — brzęknął tutaj z niedowierzaniem jeden stary, siwy młynek, który naszemu Młynkowi okropnie zazdrościł sławy.
— W grocie jeża, panie kolego. Otóż gdy byłem w grocie mądrego jeża, wyczytałem w pewnej księdze proroctwo, że w naszym mieście zamieszka w pewnym domu pewien człowiek.
— Oho! — zasyczał młynek-starzec.
— Właśnie, oho! Ten człowiek będzie to największy uczony, jakiego wydała kula ziemska. Nazywać się ma Westradamus, a dobry ma być jak anioł. Idźmy, odszukajmy Westradamusa, on nam pomoże.
— Brawo! Idźmy do Westradamusa! — huknęły młynki. I poszły.
W wozowni został tylko zazdrosny młynek, bo zawsze lubił psuć to, co budowali inni.
Wielki uczony mieszkał w małym domku. Kiedy Młynek wchodził do izdebki, Westradamus szybko
schował swoje skrzydła do szafy, bo nie chciał przyznać się, że jest również aniołem.
Długo, długo trwały narady Westradamusa z młynkami. Westradamus wziął od nich słowo, że nigdy i nikomu nie powiedzą, o czym toczyła się rozmowa. Ale rozmowa musiała być bardzo ładna i bardzo dziwna, bo wiele młynków miało łzy w oczach. Wychodząc, wszystkie ucałowały Westradamusa w jego różową czapeczkę.
Gdy młynki już były daleko na ulicy, zobaczyły, jak okno w domku Westradamusa otwiera się i Westradamus na białych wysokich skrzydłach odlatuje. W jednym ręku trzyma globus, a w drugim pudło z naukowymi przyrządami.


TRIUMF
MŁYNKÓW

Nazajutrz najszerszą ulicą miasta wczesnym rankiem sunął radosny pochód młynków. Wszystkich młynków było 2157, co każdy może łatwo sprawdzić za pomocą dodawania.
Na czele pochodu kroczył sławny Młynek, a na końcu młynek-zazdrośnik, bo w jedną noc poprawił mu się charakter nie do poznania.
Gdzie przeszły młynki, tam w ogródkach zakwitały georginie, a w kominach fabrycznych pląsał wesoły dym. Na wieżach kościelnych tańczyły nowe koguciki blaszane, pan Żabot przestał objadać się chałwą, a zły inwalida z Przytułku już więcej nie bił agrafek.
Młócono zboże, fabryki wyrabiały tysiące szczoteczek do zębów oraz łyżek, które świeciły jak gwiazdy. Drukarnie drukowały książki.
Wszystko na świecie puścił w ruch Westradamus, uczony i anioł.
— Spójrzcie, jak pięknie jest na świecie! — rzekł Młynek do innych młynków.
Pochód właśnie przechodził koło domu dziadziusia Mikołaja. Dziadziuś Mikołaj stał na balkonie w chusteczce z czterema supełkami, a obok niego Stella, już bardzo duża i ładna.
— Witaj, Młyneczku! — zawołała z balkonu Stella i rzuciła weń georginią.
Ponieważ nadchodziła pora śniadania, pochód rozwiązał się, oczywiście po wysłaniu gratulacyjnej depeszy do mądrego jeża.
Dziadziuś Mikołaj bardzo ucieszył się, gdy zobaczył z bliska swój stary, kochany Młynek. Sam, osobiście, wyczyścił jego policzki pastą rozweselającą.
Na śniadanie przyleciał również Westradamus. Stella ustawiła na stole dzbanek z białą kawą, bułeczki, masło i szynkę.
— Co to tak warczy? — spytał nagle Mikołaj, smarując bułeczkę masłem i ozdabiając ją szynką.
Westradamus uśmiechnął się.
To po wszystkich, wszystkich, wszystkich, wszystkich domach całego miasta wesołe młynki mełły smaczną gruboziarnistą kawę. 

 

 


W przypadku znalezienia błędu na stronie - prosimy o informację. kontakt


copyright © 2002 - 2010
www.Zaprasza.eu
oraz
Fundacja  Promocji  Kultury
Wszystkie prawa zastrzeżone