Marcin Kozera

Dzieci uczą się jasełek

Nadciągnął grudzień. Króciutkie dnie i olbrzymie wieczory szły jeden po drugim, jeden po drugim.
Dzieci uczyły się jasełek po odbyciu właściwej lekcji, a potem wracały do domu już koło dziewiątej wieczorem. Po prostu w nocy, bo przecież w grudniu koło dziewiątej to już głęboka noc, na dworze czarno jak w kominie, a w ich ubogiej dzielnicy bywało nawet już pusto.
- Jak ja szedłem wczoraj do domu, to mówię ci, było tak ciemno! I koło muru tak się ktoś skradał. Nic, tylko tak ci się ktoś skradał - mówił Leon.
- Ale u nas jest ciemniej na Kościelnej. Tam są domy wysokie takie. O takie! - Stefan wszedł na ławkę i pokazał ręką, jakie wysokie są domy. Potem dodał:
- Od tego tak jest ciemno.
- Bałeś się? - spytała Zosia Leona.
- Jeszcze by - kogo?
- No, tego, co się skradał?
- Ja bym się bał! Dałbym mu w łeb!
- A jeśli to był jaki chłopiec?
- Śpiewamy - rzekła pani podnosząc głowę znad wielkiej, kolorowej książki, w której coś wyszukiwała.
Było to w dużej sali Domu Polskiego. Pianino stało na środku, lśniąc od światła jak srebrne.
Wnet zabrzmiały pierwsze akordy - pani grała początek.
Dzieci stały za nią półkolem.
- Jakby to był jaki chłopiec, no to by się nie skradał - rzekł szeptem Leon.
- Tam - skradał się! Koło nas mieszka jeden, co ma szczudła. To dopiero jak ci zacznie po ciemku chodzić - szeptał gorączkowo Wicek.
- To jak ci weźmie w gębę węgiel taki czerwony...
- Ja potrafię to samo, wielka rzecz - szepnął Felek. - Mogę zapaloną zapałkę trzymać w zębach.
- Zakład?
- Dobrze, zobaczysz.
Po czym wznieśli wysoko oddech i zaśpiewali:

Wędrowali trzej królowie
zza dalekich mórz,
nie widzieli, że za nimi
idą łany zbóż...

Teraz najstarsza dziewczynka, Wanda, córka zecera, która uczyła się muzyki, zastąpiła panią i grała do śpiewu, a pani dyrygowała chórem dzieci.

Nie wiedzieli, że do szo-o-py...

- Pauza. Równo, dzieci. Jak jeden głos. Tu ciszej. O, tak. Teraz podnieście głos.

...że do szo-o-py
wszystkie nasze walą chło-opy
na tę-ę ja-asność zórz.

- Coraz ciszej. Cichutko. Razem kończyć. Głosy muszą iść jak żołnierze w szeregu. Ani jeden nie może pozostać w tyle. Ani jeden nie może się wysuwać naprzód.
- O, tak. Tak się nazywa śpiewać „unisono”.
- A co Marcin tam robi?
To ostatnie pytanie pani rzuciła poza siebie, widocznie widziała, co się dzieje naokoło.
Marcin według umowy miał przed rozpoczęciem śpiewu odejść do domu. Szedł zatem powolutku w stronę drzwi, a potem niby to drzwi otwierał, lecz w istocie rzeczy stał tylko przy nich, stał tak od dawna, trzymając ręką klamkę.
Pani odwróciła się i spojrzała na niego, kiedy się najmniej tego spodziewał.
- No? - zapytała.
- Ach, pani pozwoli tu być - rzekł z trudem, ale po polsku.
- Tak, nic nie rozumiesz i będziesz wyprawiał te twoje śmiechy. Jesteś taki śmieszek. Lepiej idź sobie. Nie umiesz cicho siedzieć i słuchać, a śpiewać nie możesz - rzekła z wahaniem.
Marcin złożył ręce.
- Ja się nauczę. Ja się nie będę śmiał!
- Już się śmiejesz - rzekła pani i sama śmiała się bardzo.
- No to śpiewaj! - zawołała wśród tego śmiechu.
Marcin przybiegł natychmiast, a razem z nim pędziło warcząc pchnięte krzesło.
- Spokojnie, spokojnie - mitygowała pani.
Lecz dzieci skręcały się już z uciechy, a Władek stanął na rękach i trzaskał butem o but, co potrafił równie dobrze, jak spadać i wpadać, gdzie nie trzeba.
- Władek! Władek! Bo ci każę tak, stać za karę przez całe śpiewy.
Głowa i nogi Władka znalazły się błyskawicznie na przeznaczonych sobie miejscach - wszystko wróciło do porządku.
Zabrzmiała nowa pieśń - pieśń górala.

Hej, stoi Krywań siwy -
hej, wicher po nim miecie.

Marcin pośpiewywał samą melodię bez słów.
Lecz na drugi dzień łapał już sylaby, a po kilku dniach śpiewał już całe zwrotki.
- Umiesz już? - pytała pani. - No to powiedz.
Lecz on powiedzieć nie umiał. Umiał tylko zaśpiewać.
Kiedy spróbował mówić, pani się mocno zaczerwieniła, gdyż tak przekręcał słowa, że trudno było zrozumieć.
- To trudne - rzekł ze łzami w oczach, widząc przerażenie na jej twarzy.
Wtedy pani pozwoliła dzieciom się bawić, a Marcinowi poświęciła całą godzinę czasu. Łagodnie, po cichu wytłumaczyła mu całą jedną pieśń, poprawiła wymowę, kazała to napisać.
I tak jakoś szło.
Pod koniec tej nauki wynikła sprawa o to, żeby dodać w jasełkach jeszcze jedną scenę - scenę z żołnierzem. Pani długo namyślała się nad tym. Na koniec rzekła:
- Tu jeszcze brak żołnierza. W tej książce, z której uczymy się śpiewać, nie ma nic o żołnierzu, który walczy za wolność.
- A po co nie ma w tej książce o żołnierzu?
- Nie „po co”, „dlaczego” albo „czemu”.
Dzieci, poprawione w ten sposób, oglądnęły się z dumą na Marcina. Chciały mu być we wszystkim równe, chociażby w nieumiejętności mówienia.
Pani przez ten czas mówiła dalej o tym, że książka, z której uczą się śpiewać, wyszła w Warszawie.
- Rząd rosyjski, który tam panuje nie pozwala przypominać o żołnierzu polskim nawet w książce, nawet na przedstawieniu w teatrze - objaśniła.
W tejże chwili teatr przeobraził się dla dzieci w miejsce boju z nierozumnym najeźdźcą. W tych czasach mówiło się już dużo o żołnierzu polskim i o niepodległości. Ojcowie powracali z Towarzystwa Polskiego, mając na ustach rozmowę o tych rzeczach. Dzieci niejedno słyszały. Dzieci chciały mieć żołnierza w jasełkach. Dzieci były gotowe bić się z tymi, co nie pozwalają mu być ani nawet w teatrze i ani nawet w książce. Cóż stąd, że ziemia, o którą walczyć trzeba, jest tak daleko. Wyspa Robinsona Cruzoe jest jeszcze dalej, a któż by nie chciał tam pojechać i walczyć w obronie Robinsona - i któż jej, któż jej nie kocha!
Takie rzeczy trudno jest słowami powiedzieć. Ale od takich właśnie uczuć huczały w milczeniu serca wszystkich dzieci, nie wyłączając Marcina. Pani poznała to po rozżarzonych oczach i upewniła się, że przedstawienie to nie będzie czczą zabawą, lecz pałającym życiem.
Wobec tego podała swoją myśl.
- Żołnierza tego - rzekła - wprowadzimy do jasełek w ten sposób, że damy obraz z jednej piosenki. O, z takiej - siadła do fortepianu i przygrywając sobie, zaśpiewała mazurka, który się zaczyna od słów:

Jeszcze jeden mazur dzisiaj,
nim dzionek zaświta.
Czy pozwoli panna Krysia? -
młody żołnierz pyta...

Dalszą treścią piosenki było to, że podczas kiedy żołnierz tańcuje z panną Krysią przejęty miłością i uciechą, z daleka rozlega się głos pobudki, który wzywa do boju. Trzeba natychmiast porzucić wszystko to, czym serce tak bardzo się raduje, i odejść w zupełnie inną stronę - w stronę obowiązku i służby. Idzie się w stronę tę z żałością pożegnania, a jednak serce jest uszczęśliwione, uszczęśliwione bez granic.
Gdy treść ta została należycie wyjaśniona, wszczął się zgiełk.
- Zrobimy to tak, że kilkoro dzieci będzie tańczyć w głębi sceny mazurka, Wicek i Felek zrobią za sceną bitwę, bo oni do tego jedyni! - wołała pani.
- Ja go wytnę!
- Ja bym ci dał. Jakbym cię rymnął!
- A ja was wtedy wyrzucę i będzie koniec!
- Nie, nie, nie. Ale pani nam powie, co mamy robić?
- Ma się rozumieć, że powiem. Stefan zatrąbi pobudkę. Tylko nie teraz, na Boga! Poczekaj, dostaniesz prawdziwą trąbkę.
- Oj, kiedy? Oj, pani! Jak ja trąbnę!
- Ale kto będzie żołnierzem?
- Oj, ja! Oj, my! Oj, wszyscy!
- Na rany boskie, macie już przecież swoje role!
Tak jest. Wszyscy mieli już swoje role oprócz Marcina. I nagle wszystkie oczy zwróciły się w jego stronę bez namysłu i nieodwołalnie.
- My chcemy, żeby Marcin był żołnierzem! Marcin Kozera! Marcin Kozera!
- No cóż, mały Angliku? Oni cię chcą zrobić polskim żołnierzem. Cóż ty na to! Cóż ty na to? - pytała pani, uśmiechając się trochę niezrozumiałym uśmiechem.
Mały Angliku, tak powiedziała, mały Angliku! Słysząc te słowa Marcin nie wiedział, czy go one ubodły, czy go zmartwiły, czy może wbiły w dumę. Nie było jednak czasu na rozpoznawanie swych uczuć. Trzeba było dać tu swoją odpowiedź.
Podszedł cokolwiek bliżej i powiedział surowo:
- Yes, madam[] - po czym znów się odsunął.
- Czy to oznacza, że dobrze? - pytała pani, śmiejąc się już wyraźnie.
- Tak jest! - odparł po polsku.
Teraz rozstrzygano sprawę panny Krysi. Jeżeli jest prawdziwa Krysia, to któż inny może być Krysią? Krysia jest w jasełkach jednym z aniołów, ale scena z żołnierzem będzie na samym końcu, anioły nie będą brać w niej udziału, więc jeden z nich niechże tańczy z Marcinem.
To postanowienie rozjaśniło oczy Marcina. Tak, w takim razie to nie są żadne żarty. Ani też drwiny. Zaczął się jawnie cieszyć. Krysia będzie z nim grała. Cóż to za radość!
I zarazem tak dziwnie. On dotychczas ciągnął te dzieci tu i ówdzie za sobą, a wtem one go nagle otoczyły i pociągnęły. O ileż to większa przyjemność. Nie mieć ich zawsze za sobą, tylko być między nimi w środku, razem, zupełnie razem, w czymś takim śpiewającym i przyjemnym, w takim wesołym przedstawieniu!
- No i cóż? - rzekła pani, gdy się już rozchodzili. Powiedziała te słowa z daleka, lecz najwyraźniej do Marcina.
Chciał odpowiedzieć dziękuję, ale nie mógł wymówić żadnego słowa. Uśmiechnął się tylko i z daleka żarliwie się ukłonił.
Od następnego dnia wszystko przeniosło się pod dach na facjatkę. Tam krawiec, pan Koskowski, i znajoma nauczycielki, panna Halina, pracowali nad kostiumami.
Panna Halina przeistaczała kawałki perkalu i bibułki w prawdziwe cuda.
- Proszę pana - mówiła do pana Koskowskiego, rozciągając przed nim fiołkowy anielski płaszcz - proszę pana, tu trzeba naszyć te żółte lilie, które wycięłam.
- To to mają być lilie? To wygląda jak jakie palce...
- Niech będą palce. Pan mi to ślicznie naszyje.
- Naszyć naszyję. Ale żeby tak pani chciała posłuchać. Ja bym absolutnie żółtego na fioletowe nie kładł - mówił Koskowski niedowierzająco.
Ponieważ był już gwałt, wszystkie dzieci siedziały przy swoich kostiumach szyjąc i klejąc; wszystkie były czerwone, podniecone i niespokojne. Z chłopców szył tylko Marcin, gdyż inni okazali się pod tym względem niezdarami, co ich od razu zniechęciło. Ale Marcin miał doświadczenie. Czyż nie zeszywał Krysinej sukni? Toteż szło mu niezgorzej.
- Well, my boy[] - mówił nawet z tego powodu pan Koskowski.
- Well, jak będę w Warszawie u Hersego, wezmę cię na pomocnika. Masz chleb w ręku, mon ami[]. Ty się śmiej, smarkaczu. Donnerwetter noch a mal![] Herse już po mnie dwa razy depeszował.
Pan Koskowski przewędrował z pół świata i mowa mu się pomieszała od używania tak wielu różnych języków. Ale właśnie dlatego dzieci lubiły go słuchać. Mówił zabawnie, mówił jak na przedstawieniu. Gdy czasem powiedział kilka zdań bez obcego wyrazu, czuły się zawiedzione i oszukane i nagabywały go dalej, aby mogły się śmiać uszczęśliwione. Teraz też one się śmiały, a nie Marcin. Przeciwnie, jemu się zrobiło nieprzyjemnie i smutno. Zdawało mu się, że grozi mu coś przykrego. Pod wpływem niewyraźnego lęku powiedział:
- Pójdę zobaczyć, czy pani nie trzeba pomóc.
Pani była w sali. Stała w milczeniu i przypatrywała się dekoracji. Widząc ją, Marcin poczuł się bardziej bezpieczny, mimo że nawet nie zauważyła jego wejścia.
Dopiero po chwili obejrzała się i zapytała stroskanym głosem:
- Czego chciałeś?
Marcin zapytał:
- Tak jest w Polsce?
- Tak - odparła. - Zima. Śnieg, śnieg.
Dekoracja była bardzo prosta, nawet uboga.
Kawał granatowego perkalu na ścianie był niebem zimowej nocy. Duże złote pluskiewki tu i tam powtykane - to były roje gwiazd. Biały perkal naszyty u dołu przedstawiał śnieżne pole. Na granicy nieba i pola widać było las pod śniegiem i różowe światełka wsi - wszystko z kawałków materii.
Od tego ubogiego widoku wiało mrozem, śniegiem, nocą Bożego Narodzenia, wiało czymś, czego Marcin Kozera nie znał. W Londynie śniegu się nie widuje. Wpatrywał się zażarcie w ten krajobraz, owładnięty gorącym wzruszeniem, jakie chwyta nas wtedy, kiedy widzimy coś po raz pierwszy. Nagle poczerwieniał i zwrócił się do pani.
- Ach, pani - rzekł porywczo. - Ja się tak martwię. Proszę pani, co robić, żeby wiedzieć, kim jestem? Kto ja jestem? - i złożył ręce, jakby prosił o wyjaśnienie tajemnicy.
Pani zdawała się znać tajemnicę, lecz jej nie powiedziała.
Położyła Marcinowi na ramieniu swą lekką dłoń. Długo nie mówiła, nie mówiła, wreszcie rzekła:
- Bądź, dzielnym człowiekiem. To wystarczy, żebyś poznał, kim jesteś, kiedy będzie potrzeba. Tylko dzielnym człowiekiem.
Marcin wytrzeszczył oczy.
- Nie, to dla mnie za mądre - rzekł zgnębiony. - Nie rozumiem. Ja muszę wiedzieć wyraźnie.
Pani zaśmiała się.
- To nie jest wyraźne? - spytała. - Ale chcesz być przecież dzielnym człowiekiem?
- No tak.
- Mówię ci. Nic więcej nie potrzeba. 

 

 


W przypadku znalezienia błędu na stronie - prosimy o informację. kontakt


copyright © 2002 - 2010
www.Zaprasza.eu
oraz
Fundacja  Promocji  Kultury
Wszystkie prawa zastrzeżone