Między ustami a brzegiem pucharu

Rozdział X

Nareszcie ostatni ukłon przed damą bardzo chudą i bardzo elegancką. Wentzel zrazu zobaczył tylko koniec tej elegancji, tj. jedwabne pantofelki na bardzo małej nóżce, i chciał iść dalej, gdy dama ozwała się piękną francuszczyzną:
- O, pana hrabiego miałam przyjemność widzieć przelotnie w Biarritz.
Podniósł oczy.
Dama miała na sobie fioletowy atłas i śliczne diamenty. Sama była śniadą brunetką o ostrych rysach, szczupła, fertyczna, lat około czterdziestu, ale jeszcze przystojna, żywa, o biegających czarnych oczkach i zadartym impertynencko nosie.
Hrabina Mielżyńska - zamajaczyło w pamięci Wentzla jak mane, tekel Baltazara.
Ukłonił się po raz drugi.
- Istotnie, byłem w Biarritz latem - rzekł usuwając się z drogi tańczącym za krzesło damy.
Stefan Zdżarski, rad, że się zbył obowiązku, rzucił Niemca na pastwę hrabiny i pobiegł do panienek.
- A któż była ta śliczna pani, blondynka? - badała dalej interlokutorka Wentzla, wachlując się z wdziękiem.
- To była moja kuzynka - odparł bezczelnie.
Nosek pani Mielżyńskiej poruszył się wątpliwie.
- Tiens, tiens! - zaśmiała się złośliwie. - To panu hrabiemu oddają pod opiekę takie kuzynki?
- Czemuż by nie? - odparł czując, że nie potrzebuje się tutaj bawić w katońską cnotę, i nie mogąc się oprzeć pokusie pożartowania z szykowną damą. - Czy pani uważała, żem źle wypełniał obowiązki opiekuna?
- C'est selon! - zaśmiała się.
- Pani jest bardzo wymagająca. Kuzynka moja była z opieki zupełnie zadowolona.
- Nie wątpię. A jej mąż?
- Czy koniecznie ma mieć męża?
- Niekoniecznie... ale go ma, niestety. Wiem to z listy kuracjuszów. Ej, ej, piękny hrabio! Ze mną wykręty na nic.
Pogroziła mu wachlarzem.
- Uznaję się pobitym i obiecuję na przyszłość być szczerym - odparł kłaniając się.
- Pan nie tańczy.
- Rozmawiam.
- I rad by się uwolnić od rozmowy...
- Nie, chyba do walca z panią.
- I owszem. Lubię walcować, a pań?
- To zależy od tancerki.
- Czy to ma być komplement, czy impertynencja?
- To zależy od tancerki.
Rozmawiali tańcząc. On był mistrzem w walcu, ona lekka, zwinna i zalotna.
Hrabia Mielżyński umarł przed kilku laty. Wdowa była lepem dla młodzieży, pierwowzorem mody, szyku i elegancji, zmorą poważnych matek, żon i narzeczonych.
W tej chwili ruch się zrobił u wejścia. Młodzież męska i kilka panienek rzuciło się do przedpokoju, kilka tylko par wirowało w sali.
Drzwi się otwarły. Pan Żdżarski prowadził uroczyście panią Teklę na honorowe miejsce, za nimi Stefan wiódł pannę Jadwigę jak królową, otoczoną gronem młodych ludzi i rówieśnic.
Oczy Wentela spoczęły na niej i ona zatrzymała wzrok przez chwilę na tańczących.
Strój balowy podnosił jeszcze jej krasę, a opale, owe sławne opale, migały jak gwiazdy, łamały światło w tysiąc barw. Jak zjawisko czarodziejskie przemknęła obok niego i usiadła blisko babki.
Zebrał się tłum wokoło niej. Widocznie dobijano się o tańce, bo zapisywała coś szybko w swym karneciku u wachlarza.
Croy-Dülmen stracił ochotę do zaczepek hrabiny. Odprowadził ją na miejsce.
- Pysznie walcujesz, hrabio - rzekła zdyszana. - O, jak gorąco! Proszę się wystarać dla mnie o kroplę limoniady.
Panna Jadwiga wstała do tańca ze Stefanem Zdżarskim.
Jan przemknął koło hrabiego, skacząc między sukniami.
- Uh, jaki upał! Chodźmy na cygaro, hrabio.
- Niech pana nie znam! Ja lecę po limoniadę dla hrabiny. Tchu mi nie da złapać. Gdzie Głębocki?
- A gdzieś pewnie w okolicy Jadzi. Marzy o dominie, bo nigdy nie tańczy. Widział pan Cesię?
- Nie doszedłem jeszcze w prezentacji do panienek.
- Oto i lokaj. Zanieś lodów hrabinie, ot tam, pod kandelabrem. Chodźmy odetchnąć.
Ledwie zapalili papierosy w gabinecie męskim, wpadł służący.
- Pani z Mariampola prosi panicza.
- Którego? - badał Jan.
- Ja nie wiem: panicza - powiedziała.
Rzucili papierosy i poszli obydwaj, żeglując w stronę strasznej kanapy. Po drodze hrabina Mielżyńska rzuciła im przez ramię z widocznym niezadowoleniem:
- Ach, te papierosy!
- Panie nas mają za drewno! - mruknął Jan.
- Jeśli się ośmielicie grać w karty po kątach, to was nie puszczę za próg w Manampolu - oznajmiła stanowczo, ale, szczęściem dla ich próżności, dość cicho.
- Za co? Wujaszek, sędzia i dziekan grają obok, nikt im tego za złe nie bierze - bronił się Jan.
- Ale wam ja nie pozwalam i basta! Będziesz mi tu dowcipkował! Proszę tańczyć i wstydu mi nie robić! Niech, hrabia raczy zapomnieć, że jest Niemcem, i nie afiszuje się; z hrabiną... przy tym nie zadymiajcie domu.
- Z kimże mi wolno się bawić? - pytał Wentzel. Nikogo tu nie znam.
- Ach, biedny! Hrabinę odszukałeś prędko; tam ci się podoba, bo nie trzeba hamować języka i na wszystko sobie można pozwolić. Otóż mnie się to nie podoba i nie lubię słuchać komentarzy.
- Hrabinę znam niby. Bardzo miła osoba.
- Nie ciekawam jej cnót. Rekomenduję ci Cesię Żdżarską.
- Ta zajęta... - wtrącił Jan - tańczy ze mną.
- Józię Okęcką i Stasię Staniszewską.
- Dobrze, dobrze! - potakiwał- schylając się po coś na ziemię i chowając do bocznej kieszeni.
Jan skubał go za rękaw.
- Ja hrabiego przedstawię. Chodźmy już - nalegał.
Muzyka zaczynała kadryla, pary .się szykowały, wśród nich snuł się Głębocki jak stara czapla, szukając czegoś poziemi.
- Coś zgubił, Adasiu?
- To panna Jadwiga bransoletkę.
- Niech szuka - mruknął hrabia - ja ją mam.
Poszli dalej, śmiejąc się. Głębocki spostrzegł wesołość, rzucił na Niemca niechętne spojrzenie.
Piękna Jadzia powitała Wentzla niedbałym spojrzeniem, czekała narzeczonego do kadryla. Jan pobiegł po swą tancerkę.
- Czy dostanę od pani taniec?
- Za późno, wszystkie już tańczę.
- Malediction! Cóż ja zrobię?
- Będzie pan tańczył z hrabiną.
- Babka zabroniła.
To smutne, ale można poradzić. Panien jest więcej niż kawalerów..
. - Marzyłem o walcu z panią tyle tygodni! - westchnął.
- Trzeba było podzielić się ze mną owym marzeniem, byłoby spełnione. Pan Głębocki nie może znaleźć mojej bransolety - dodała po chwili, oglądając się.
- Naturalnie, że jej może szukać do jutra. Od dawna jest u mnie. Chcę znaleźnego dostać taniec od pani.
- O, bardzo proszę oddać mi ją zaraz.
Spełnił rozkaz natychmiast.
- A potem?... - spytał prosząco.
- A potem idź pan i przeproś pana Głębockiego za niegrzeczność wyrządzoną.
- Co to, to nie! - rzucił się rozgniewany.
- Ano, to mnie samej wypadnie to zrobić. Nie mogę kazać czekać na siebie całemu towarzystwu.
- Ja zastąpię pani narzeczonego.
Głębocki położył koniec dyspucie. Znalazł go i przyprowadził prowadzący tańce. Kadryl się zaczął.
Wentzel pozostał na koszu, gryząc wąsy.
Rzeczywiście, wiodło mu się niefortunnie.
On, który nie rozumiał, co to jest żądać, a nie otrzymać, był pobity przez jakąś tam szlachcianeczkę; on, którego damy berlińskiego high life'u. wydzierały sobie na balach, wodzirej tańców, bohater kotylionów, ideał tancerza, bohater salonów i klubów, podpierał drzwi w Poznańskiem, był widzem jak ostatni gimnazista, nie wiedział, co robić ze sobą, czuł się śmiesznym.
Chwilę po ostatniej porażce stał na miejscu, patrząc Ponuro na przesuwające się pary; pycha jego była upokorzo haniebnie, był wściekły. Chciał wyjechać bez pożegnania prosto do Berlina, ale był zanadto dobrze wychowanym, a zresztą czuł, że dziewczyna ta, jej wspomnienie, obraz przygnałby go z powrotem zza morza.
- Uhm, żebym cię dostał! - mruczał zacięcie, śledząc jej zgrabne ruchy w tańcu.
Nagle strzeliła mu bujna myśl. Zwrócił się i poszedł prosto do przeciwległego gabinetu, gdzie się zabawiali gracze.
U jednego stolika starszyzna siedziała nad tarokiem, przy drugim ciągnięto pulkę preferansa, kilku zapasowych czy leniwych kawalerów gapiło się na karty, między nimi Henryk Wolicki, zapalony szuler i myśliwy, z którym się Wentzel poznał na polowaniu w Olszance. Przywitali się serdecznie. Polak zapoznał go z resztą gapiącej się młodzieży. Po chwili rozmowy usunęli się cichaczem do pokoju Stefana Zdżarskiego i, nie dbając o bal i damy, zaczęli ciągnąć diabełka.
Wentzel trzymał bank rzuciwszy od niechcenia garść złota na stół. Gra robiła się coraz zajadlej sza. Niemiec tracił bajeczne sumy spokojnie, z uśmiechem, gryząc w zębach cygaro. Nie wiadomo skąd na hasło kart zbiegało się coraz więcej graczy. Pokoik zapełnił się frakami, dymem, brzękiem monety, śmiechem - służba kręciła się z winem.
Parę razy wpadał ktoś z sali, wzywając do dam, lecz nie tylko nikogo nie ściągnął, ale i sam zostawał, pociągnięty magicznym widokiem złota.
W sali tymczasem kadryl się skończył, tańce szły ospałej, robiło się coraz puściej. Pewnikiem jest, że najlepsi tancerze są ci, którzy nie mają w towarzystwie osobistego interesu, lecz bawią się dla samej zabawy, nie przebierają w tancerkach, nie zasiadają do gawędki z ukochaną lub narzeczona.
Otóż ci, na hasło diabełka, poginęli jak kamfora. Zostało kilka par zajętych sobą, zatokowanych, zakochanych. Ci woleli siedzieć gdzie w ustronnym kąciku, przekomarzać się, sprzeczać, śmiać się lub gruchać.
Najcięższy to był kaliber tańczących.
Jaś droczył się z Cesią Żdżarską - grali w zielone i dowodzili sobie nawzajem przegranej; u krzesła hrabiny Mielżyńskiej snuło się ze trzech aspirantów; koło Stasi Janiszewskiej siedział narzeczony; a na dobitkę balowej biedy, dowodzący tańcami Stefan zapomniał o bożym świecie, zapatrzony w błękitne oczy panny Okęckiej.
Oprócz nich został jeszcze Głębocki, zgarbiony, kwaśny, wpatrujący się uparcie w malutki pantofelek Jadzi, która rozmawiała z panią domu o kuligu i nawet nan nie zważała, i tuzin starszych dam na kanapie.
Muzyka grała, grała, wreszcie ucichła, bo nikt nie tańczył.
Na tę nagłą przerwę obejrzeli się wszyscy; pani Tekla pierwsza, jako czujny pasterz, poszukała swej trzódki.
Jadzia, wierna Jadzia, była blisko, Jaś trochę na ustroniu, ale też obecny; za to Niemca ani śladu, ani znaku.
Złe przeczucie ogarnęło staruszkę.
- Co to, nikt nie tańczy? - zapytała pani Żdżarskiej.
Gospodyni poszukała oczami syna.
- Stefanie, co to muzyce? - zapytała.
Młody człowiek porwał się jak oparzony.
- Aaaa... panowie! Do mazura!
Ale panów nie było wcale.
- Grać - krzyknął muzyce, a sam zniknął za drzwiami gabinetu.
Pani Tekla podreptała do Jasia.
- Czemu me tańczysz? Gdzie Wacław?
- Co za Wacław? Z Glinie? Albo ja wiem? Wyszedł.
- Ale bredzisz! Pytam o naszego Niemca.
- To muWacław na imię? A prawda! Oho, babuniu, ten nie tańczy, ale gra.
- Co takiego?
- Diabełka! - zaśmiał się Jan. - Służę pani do mazura, panno Celino. Stefan już prowadzi trochę szulerów.
Muzyka zabrzmiała, taniec się rozpoczął dość nieporządnie. Wentzła nie było.
Pani Tekla, jak karząca sprawiedliwość, ruszyła prosto do gabinetu.
Stanęła w progu i oniemiała ze zgrozy. Wprost niej siedział Wentzel otoczony gronem młodzieży i śmiał się, rzucając na stół znów garść talarów.
- Panowie, tysiąc marek w banku! Gotowe!
Mówił po niemiecku, bezczelny, i w polskim domu demoralizował młodych ludzi, grał wbrew jej zakazowi, bezecnik!
- Wentzel! - krzyknęła hamując się ile mocy.
- Za chwilę służę! - odparł najspokojniej nie przestając rzucać kart, obrzydliwy zuchwalec.
Z nagłą determinacją podeszła do stolika. Rozrzuciła karty, zagarnęła wszystkie pieniądze.
- To będzie wasz datek na nowo budujący się kościół w Brodnicy. Dziękuję wam w imieniu biedaków, którzy po groszu zbierają od dziesięciu lat. Dziękuję, dziękuję! No, ale dość tego! Proszę do salonu, bawić się razem. Panienki czekają.
Młodzi ludzie popatrzyli po sobie, potem na nią, i milczeli. Staruszka zabrała monety i papiery w swą batystową chusteczkę i wyprostowała się żywo.
- Wentzel, chodź ze mną! A wy, moje dzieci, może się gniewacie? Co? No, no, nie żałujcie talarów i posłuchajcie starej, co was zna od kołyski. To nikczemna zabawa i nikczemny zarobek, ot, niegodny Polaka. Idźcie tańczyć. Marsz - żartobliwie popędziła ich do drzwi.
Po chwili namysłu roześmiali się wszyscy, potem spoważnieli, pocałowali ją w rękę i wyszli.
Wentzel został sam - na burę.
Babka, pozbywszy się świadków, spojrzała na niego od stóp do głowy. Oh, jak jej stare oczy umiały piorunować!
- To tak,'to tak! Wstydzić się muszę za ciebie! Robisz, co możesz, by się zgubić w opinii. Ślicznie, szuler! Myślisz, żem cię po to polubiła, żebyś ty polską młodzież uczył diabełka, wnosił w nasze domy zarazę waszą niemiecką. Głupia byłam. Tyle lat marzyłam, żeby zobaczyć tylko raz, tylko chwilę dziecko mojej biednej Jadwini! Zobaczyłam! Dosyć!. Trzeba było być Polką, a nie babką. A jam zapomniała, że to Niemiec, taki był do matki podobny, i pomyślałam, że mi będzie dziecko, pociecha, podpora starości, że serce matka mu dała. Nie, nie, nie! Z sowy nie będzie sokoła, z Niemca nie będzie Polaka. Nie przygłaskasz go, nie oswoisz, nie włożysz w duszę ani delikatności, ani szlachetności, ani iskry ideału! Po com ja ciebie sprowadziła i chciała pokochać jak syna!
Wentzel spodziewał się wszystkiego prędzej jak takiej oracji. Na gderanie miał sto argumentów - na skargę tak serdeczną, choć przesadną, ale szczerą, nie znalazł odpowiedzi. Machinalnie przesunął ręką po czole i milczał. Miał siebie, za ofiarę dzisiaj, a był winnym.
Pani Tekla spojrzała na niego z żalem i wyrzutem.
- Prosiłam cię, żebyś nie grał - rzekła tylko i zawróciła z powrotem do salonu.
Coś go tknęło - zastąpił jej drogę.
- Babciu! - zawołał z niebywałym przejęciem - jak dziecko odpowiem. Proszę mi darować ten raz ostatni. Zrobiłem głupstwo, byłem bardzo rozdrażniony. Przepraszam z całego serca. Możeście i źle zrobili, sprowadzając mnie do siebie, bo teraz już ja bym w Berlinie nie wyżył. Tęskno mi do Mariampola.
Obejrzała się na niego nieufnie.
- Pleciesz androny! - rzuciła gniewnie niby, ale łagodnie.
- Nie, babciu! Pokochałem was wszystkich, ale mi tu nikt nie sprzyja, dokuczacie mi na każdym kroku, nie znajduję nic oprócz lekceważenia i pogardy. Może to i zasłużone, ale jam był całe życie pieszczony, , chwalony, ubóstwiany prawie. Przeskok trudny i ciężki do zniesienia. Mam najlepsze chęci, ale brak mi zachęty i wiary od was. Inny, babciu, cofnąłby się niezawodnie i uciekł; ja stoję i znoszę, tylko czasem złość mnie ogarnia, jak dziś, gdym nawet nie mógł uprosić tańca od żadnej z panienek. Poszedłem grać. Co miałem robić! Dawniej na balach byłem pierwszym, dziś jestem ostatni. I tak zawsze teraz.
- To ci bardzo zdrowo! - zamruczała. - Pozbędzie się trochę pewności siebie i pychy.
Zaśmiał się ironicznie.
- Trochę! Nic już z tego nie zostało. Straciłem gruirt| pod nogami.
- No, no, to fraszki! Odzyskasz go prędko. Chodź już, chodź! Ja się postaram o taniec dla ciebie. Daj mi ramię. Fe, co tu dymu! Trzeba być szubrawcem z profesji, żeby wytrzymać w takiej norze. Wstydu nie macie!
Już gderała - był to znak równowagi umysłowej i przebaczenia. Milcząc ucałował jej rękę - usta staruszki dotknęły jego czoła. Było mu dziwnie dobrze na duszy. Doprowadził ją do kanapy.



Między ustami a brzegiem pucharu

Tańczono polkę. Przejrzała pary.
- Gdzież to Jadwinia? Ze też koniecznie kogoś z was musi brakować! Idź no, poproś ją do mnie.
W gabinecie damskim Jadzia z kilku panienkami pisał jakieś karteczki. Zajrzał przez portierę i usłyszał parę słów rozmowy.
- Imiona panów gotowe?
- Już kończę pisać panie.
- W każdym razie trzeba trochę dopomóc losowi, żeby pary były dobrane. Komu na przykład dać twego pięknego hrabiego, Jadziu?
- Hrabinie Mielżyńskiej - odparła spokojnie - ot robię znaczek na rogu. Uważasz, Tesiu?
- Dobrze. Naznaczże kogo dla siebie.
- Pana Adama, naturalnie! - zaśmiała się któraś z panienek.
Tu Wentzel, czując, że popełnia niedyskrecję, zastukał we drzwi.
- Pani Ostrowska prosi pannę Jadwigę. Excusez, meademoiselles!
Jadzia wyszła; usunął się przed nią z ukłonem i szukał Jasia w jadalni.
Obydwaj wsunęli się we framugę okna i coś szeptali chwilę tajemniczo. Chrząstkowski śmiał się uszczęśliwiony.
- Doskonale! Schöneich by lepiej nie wymyślił. Idę zaraz. Będzie gotowe; bądź, hrabio, spokojny.
We drzwiach salonu ukazała się panna Jadwiga.
- Jasiu, czy nie ma tu hrabiego?
- Służę pani.
- Babka kazała mi przetańczyć z panem walca, ale jestem tak zmęczona, że gdyby pan odmówił...
- Pani daruje, ale nigdy nie odmawiam, chyba mi pani w zamian obieca towarzystwo swoje do kuligu.
- Wedle umowy los w tym rozstrzyga, nie mogę nic obiecywać.
- Tückisches Weib! - zamruczał Jaś, a głośno dodał: - Tańcz, hrabio, nie daruj! To jej przytrze rogi. Przebiera w kawalerach jak w ulęgałkach. O, pani Ostrowska ma rozum!
Panienka była widocznie rozdrażniona - wróciła do salonu z miną obrażonej bogini.
Hrabia spojrzał na nią i westchnął. Już nie złość, ale rozpacz go ogarniała! Co on jej zawinił, że go tak widocznie nie cierpiała?
- Służę pani! - rzekł posępnie.
Podała mu końce palców, drugą ręką ledwie dotknęła jego ramienia i zmieszali się z resztą tańczących.
Po chwili starsze damy i panowie zaczęli szeptać między sobą, lornetować, trząść głowami.
- Co za para! Co za para! Jaka uroda! Blask od nich bije! A jak tańczą! Pani Tekło, dobrodziejko, winszujemy wnuka! Pyszny chłopiec! Pozawraca głowy wszystkim pannom! Stary marszałek, cioteczny pani Tekli, zażył tabaczki, uśmiechnął się filuternie i pochylił konfidencjonalnie do jej ucha:
- Siostruniu, co? A żeby ich zeswatać! Słowo daję, warci siebie! Lanszaft istny! Ja lubię takie dobrane pary. Co. hę? Dobra myśl!
- Czy brat zwariował! Zapomniałeś o Jadwini! Ale ja nie! Niemiec nie dla Jadzi!
- No, ale i Głębocki... ten... tego... Poślubiła orlica nietoperza! Co? Hę?
A tych dwoje tymczasem nie wiedzieli, że są przedmiotem zachwytu i dysputy. To tylko czuli, ze im tańczyć było dobrze ze sobą, tak równo, tak zgodnie, tak lekko.
Chwilę milczeli. Ona przez ramię tancerza spoglądała obojętnie na wirujące pary, on zapatrzył się w nią i zaciskał zęby. Nigdy jeszcze dotąd nie dotknął jej ręki; teraz obejmował ją ramieniem, czuł jej oddech chwilami na skroni, zapach perfum, miał tuż obok swych ust jej dumne, a tak pożądane usteczka. Zaciskał zęby, bo gdyby je otworzył, toby mu się wyrwało niezawodnie z serca, z duszy, z oczu, z gardła: kocham, kocham, kocham!
Stał się zaś o tyle pokornym, że wątpił, czy tym wyznaniem zrobi przyjemność hardej Polce.
Ona ozwała się pierwsza:
- Czy nie byłoby dosyć, panie hrabio? Tańczymy prawie sami, pod ogniem lornetek starszych. Muszą nas srodze krytykować.
- Do krytyki przywykłem w Poznaniu. Jeszcze jeden tour, pani. Takiej tancerki nie miałem dotąd nigdy. Będzie to mój ostatni walc... chyba z panią, albo z nikim. Czy pamy bardzo zmęczona?
Mówił nieporządnie, urywanie, pożerając ją wzrokiem.
- Hrabina walcuje lepiej ode mnie. To ogólne zdanie.
- Może być, ale ja w tym mam szczególne zdanie, i ot tak tańczyłbym do śmierci. Żebym był pani narzeczonym, zabroniłbym pani tańców.
- Bo?... - spytała, marszcząc brwi.
- Bo miałbym za wielu rywali i zginąłbym z zazdrości.
- Rywale w tańcu nie są straszni. Dosyć, hrabio. Za godzinę ruszamy kuligiem, trzeba wypocząć. Jestem okropnie zmęczona. To będzie także mój ostatni walc... dzisiaj.
Odprowadził ją do krzesła. Pani Tekla znalazła się zaraz obok nich, z perorą.
- Ależ, Jadziu, chcesz zemdleć z przetańczenia? Produkują tu nam swą grację godzinę, radzi, że ich podziwiają! Fe, tak się zgrzać!
Jan z daleka kiwał na hrabiego - cofnęli się znowu do ladami, gdzie młodzież piła, paliła i rozprawiała o kuligu. Pod wieczór zjeżdżały się tuziny san i saneczek, zapałano kagańce, biegała służba, dzwoniły brzękadła.
Chrząstkowski z hrabią cofnęli się znowu we framugę.
- Opatrzność pana natchnęła podsłuchać spisku - mówił Jan, cały przejęty. - O, dziewczęta! Pięknie by nas urządziły. Ja miałem dostać za towarzyszkę Józię Okęcką, a Cesia miała jechać z Wolickim. Słyszana rzecz! Herezja! No, no, urządziłem im sztukę! Umizgnąłem się do pokojówki, przyniosła karteczki i zmieniłem wszystkie znaki. Zobaczy pan komedię.
- Czy na mnie pan przynajmniej był łaskaw?
- Ot, najmniej, bom się strasznie śpieszył i nie znam pana gustu. Dałem panu Jadzię.
Tu hrabia zapomniał o panowaniu nad sobą i bez ceremonii uściskał młodego człowieka z całych sił.
- A panu co się stało? - wołał Jan oddając jednak uścisk za uścisk.
- Stało się, żem zakochany jak wariat w pańskiej siostrze! - wybuchnął wreszcie Niemiec.
- Jezusie, Mario! To istotna wariacja! Co wy w niej widzicie takiego? A Głębocki?
- Zabiję go! - rzekł stanowczo Wentzel.
- A jak ona pana nie zechce?
- To siebie zabiję!
- Dwa trupy! Awantura! A pani Tekla?
- Co mi tam pani Tekla!
- Uhm... - wtrącił Jan - to sęk nie lada! No, no, moja siostra, Helena trojańska, daję słowo!
- Może i pan mnie nie zechce? - spytał Wentzel pokornie.
- Ja, i owszem. Widzi pan, ja też Niemców nie znoszę. Ale znam Jadzię i wiem, że kiedy ona pana przyjmie, to będzie pan tak czuł jak my, tak wierzył jak my, i to kochał, co my. Więc o co się mam kłopotać... co ona zechce, to zrobi.
- Byleby zechciała! - westchnął hrabia. - I żeby mi kto pomógł...
- Ja panu dopomogę radą. Nie czekaj pan i nie asystuj jak innym panienkom, co to w pół drogi same wyjdą i ośmielą. Jadzia kroku nie zrobi, choćby kochała szalenie, to nie okaże niczym. Z nią trzeba walczyć otwarcie. Oświadcz jej się dziś na kuligu...
- A jak odrzuci?
- Zrobi to niezawodnie, ale to nic.
- Dziękuję! Harbuza jeszcze nie kosztowałem nigdy.
- Ano, to go pan spróbuje. Mnie Cesia częstuje nim od trzech lat, a jednak będzie moją; ot, przysiągłem to sobie i nie wstydzę się. Takie już nasze panienki: lubią się namyślać, ale jak się raz namyślą, to dobrze i stale. Radzę panu jak bratu. Przetnij gordyjski węzeł, bo innego sposobu nie ma.
- A potem?...
- Przyszłość w ręku Boga i Jadzi. Nie troszcz się pan o to. Jeżeli ten głaz zdolny do miłości, w co wątpię, to będzie się czuła obowiązana do wyznania i odpowie panu faktami; jeżeli nie - zapomnij pan, bo nie dostaniesz nic, choćbyś był jeszcze piękniejszy i jeszcze bogatszy. Dla niej to żadna racja.
Rozmowę przerwały wołania w salonie.
- Losują! - skoczył Jan zapominając o wszystkim.
Tesia Zdżarska, mała siostrzyczka Cesi, stała nad dwoma stosami zwiniętych kartek i wywoływała imiona wśród śmiechu i żartów.
- Pan Adam Głębocki, pani hrabina Mielżyńska! - posłyszał Wentzel.
Panienki coś szepnęły między sobą zdziwione, nie pojmując, co się stało Tesi. Jan przysiadł na fotelu i dusił się ze śmiechu z miny Głębockiego i zalotnej hrabiny. Wentzel patrzał na Jadzię.
Ruszyła ramionami na szepty koleżanek, ale była zmarszczona. Czuła figiel w powietrzu.
Nagle drgnęła i zbladła jak alabaster.
Jej imię padło, a obok drugie, nienawistne, brzmiące jak dysonans.
Wolałaby każdego, byle nie jego towarzystwo. Zagryzła usta odgadując spisek. Poszukała oczami Jana, ale zamiast niego spotkała wysoką, górującą nai innymi postać Prusaka. Wbrew jednak oczekiwaniu nie wyglądał triumfujący, ale zamyślony, roztargniony, prawie smutny; zdawał się nie słyszeć swego nazwiska, nie widzieć n kogo.
Tu Cesia przerwała obserwację Jadzi, skubiąc ją za rękaw:
- Czy ty rozumiesz, co się stało? Wszystkie nasze układy wniwecz. Ty z hrabią, hrabina z panem Głębockim... galimatias.
- Ale ty pewnie z Jasiem!
- Ależ tak!
- No, to jego się spytaj, co się stało.
- Kiedy go nie ma nigdzie.
- Pewnie gdzieś drwi w kącie. Trzeba było przejrzeć jeszcze raz karteczki.
- Niegodziwiec jeden! Odpłacę mu, odpłacę!
Jadzia uśmiechnęła się z tego ferworu. Ta para ciągle sobie płatała figle i odpłacała z procentem kłótni. Ale czym ona odpłaci za żart, który ją kosztował więcej, niż się kto mógł domyślić?
- Jedźmy, jedźmy! - wołano wkoło, śpiesząc się, jakby się paliło.
Starszyzna pakowała się do krytych san - dla młodzieży stało kilkanaście jednokonek, panowie otulali damy, służba trzymała rwące się konie; hałas, krzfk, bieganina, tysiące rozkazów, śmiechu, konceptów, nawoływan. Wentzel oprzytomniał o tyle, że wsadził panią Teklę do budy z filuternym marszałkiem.
- Jest dla ciebie 'Parys" mariampolski - rzekła mu na pożegnanie.
- Dziękuję, babciu.
- O! "Farys" pobije nasze konie - ozwał się Stefan Zdżarski - chyba mu sprosta 'Orlika" pana Adama.
- Postaramy się, że nie - uśmiechnął się Wentzel oglądając się za panną Jadwigą, która ubierała się z innymi panienkami.
Narzucił na siebie palto i w lakierkach pobiegł szukać "Farysa".
Sanki były miniaturowych rozmiarów, koń - węgier czystej krwi. Zebrał Wentzel lejce, odprawił furmana i wpadł jak wicher przed ganek.
Jadzia wyszła eskortowana przez tuzin panów. Polecieli.
Noc była księżycowa, mroźna, cicha.. "Farys" rwał się naprzód; pomimo to wszyscy ich wyprzedzali śmiejąc się i trzaskając z batów. Kulig się wydłużył jak wielki wąż - na przedzie "Orlika", w końcu ,"Farys".
- Czy jedziemy za konduktem? - ozwała się Jadzia. - Pan hrabia zły Automedon. Proszę puścić wolno cugle.
- Powozić umiem, ale podoba mi się tak jechać. Los nie dał dziś pani przodować z 'Orlika", ale być na szarym końcu z nienawistnym Prusakiem.
- Był to niesmaczny figiel pański i Jana, za który istotnie dość miernie jestem obowiązana.
- Dlaczego? Com pani zawinił, że mnie pani tak okropnie nienawidzi?
- Mówiłam panu już kilka razy, że to jest pańskie przywidzenie. Nie wyróżniam nikogo ani w łasce, ani w niełasce.
- W takim razie, dlaczegóż pani nierada z figla?
Po raz pierwszy nie znalazła odpowiedzi. Milczeli chwilę.
- Czy pan nie myśli pośpieszyć?
- Nie, pani, bo mam coś do powiedzenia.
- Może by to odłożyć na stosowniejszą chwilę?
- Nie, pani. Zbyt długo i tak zwlekałem. Lękam się okropnie pani, bo wiem, że mnie spotka znowu sromotna klęska.
- Można jej uniknąć milczeniem. Nie jestem zaczepnego charakteru.
- Niestety! Muszę sam iść do ataku. Panno Jadwigo, oszalałem za panią, kocham jak student, pierwszą miłością, gotówem zginąć dla pani... Czy pani bardzo się za to gniewa?
- Gniew mój niewiele by tu pomógł. Dziwię się tylko panu: primo, że się tak łatwo zmieniasz; secundo, że możesz mi mówić o miłości; nie dałam do tego żadnej zachęty...
- Ale pani wierzy, że kocham?
- Wierzę, że pan oszalał; to ściślejsze określenie.
- Jak pani chce; czy ja wiem, co się ze mną dzieje od kilka miesięcy! Obłęd czy czary! To tylko wiem, że jeśli się pani nade mną nie ulituje, to sobie kulą rozsadzę serce, niech nie boli!
Było tyle prawdy w jego tonie, że Jadzia spojrzała nan przelotnie i przestała dysputować chłodno; zamyśliła się i zaczęła bardzo poważnie, ale łagodnie:
- A jakiej że odpowiedzi mógł się pan spodziewać od Polki, narzeczonej innego? Postaw się pan w roli pana Głębockiego. Jak byś pan mnie uważał, żebym, słowem związana, litowała się nad kimś, co dla mnie szaleje? Takich szaleńców znalazłaby się spora ilość, a ja bym musiała się nad każdym litować.
- Nie żyliby oni na świecie albo ja!
- A jednak pan Głębocki nie zabija i nawet nie pilnuje mnie, bo wierzy mi i szanuje. Czy pan chce, żebym straciła wiarę i szacunek uczciwego człowieka?
- Ja chcę, żeby mnie pani tylko wysłuchała. W ręce pani składam me serce i życie. Tak mi -je ciężko samemu dźwigać i kryć to właśnie, czym się szczycę: pierwszą uczciwą i czystą miłością. Ja wiem, że mnie pani nie przyjmie, ale
pomimo to powiadam, ze pani kochać nie przestanę, ubóstwiać nie przestanę do śmierci.
Zrobiła gest niezadowolenia i chciała mówić, ale on jej przerwał:
- Na miłość boską.! oroszę nie odpowiadać i mieć trochę cierpliwości. Wiem, co posłyszę, i chyba zwariuję po tym wyroku. Wolę pani milczenie. Jeszcze chwilę... powiem wszystko i przysięgam, że już więcej nigdy się nie odezwę. Czy pozwala pani?
- Cóż robić! Słucham, chociaż nie powinnam, i nie odpowiem nic, jak pan tego żąda.
- Ja wiem - zaczął - żem się zgubił w oczach pani tą nieszczęsną pierwszą rozmową w Berlinie. Odtąd pani roi nie wierzy, ma za tchórza i nikczemnika, chociaż, honorem się klnę, i wtedy, i teraz byłem szczery. Niemcem, zakamieniałym Prusakiem zrobiły mnie tradycje ojcowskie, otoczenie, szkoła, służba wojskowa, koleżeństwo. Wszak pani to sama rozumie. Od kolebki wpajano we mnie nienawiść do Polaków; nie znałem ni ojca, ni matki. Nazywano jego ofiarą, ją intrygantką, naród jej podłym. Wierzyłem na ślepo. Moje pochodzenie kazano mi kryć przed obcymi, więc myślałem, że to rodzinna hańba i nazwę Polaka uważałem za obelgę. Zapewne, winienem, żem doszedłszy lat i rozumu, nie przekonał się o prawdziwości wpojonych idei, alem był od matczynej ojczyzny odcięty murem przesądów i antypatii. Byłem szowinistą jak moja babka, choć Prusom nie przyznawałem doskonałości. I wtedy, raptem, poznałem panią. Wyznaję, że się zajęły oczy moje i nerwy rzadką pięknością, nie znaną wśród kobiet niemieckich; potem przyjechałem tutaj. Zdało mi się zrazu, że to kraj z baśni i podania, stary, zapleśniały, cudem dobyty po wiekach na światło. Poznałem tu dopiero, co to wiara i religia. Zęby pani wiedziała, jakem się zdumiał raz pierwszy, gdy Jan wieczorem kłękirął do pacierza; poznałem ludzi, co pracują ł myślą. I uchyliłem przed wami czoła i pokochałem kraj matczyny, i tylko marzę, by zasłużyć na wasze braterstwo. Ciężko mi, oj, ciężko! Ludzie nie wierzą, babka nie ufa i pani zaręczona!
Zatrzymał się, sądząc, że może coś odpowie; ale ona, wierna obietnicy, milczała uparcie, zapatrzona w srebrzący się od księżyca tor drożny.
- Dawniej, wobec tak smutnej perspektywy, cofnąłbym się tam, gdzie mnie podziwiają, wielbią, kochają i ciągną. Traciłbym, jak dotąd, czas i pieniądze lub ożeniłbym się z księżniczką krwi, na złość wam i własnemu sercu, i może bym w końcu zapomniał polskiego epizodu w mym życiu. Ale teraz za późno. Już nie oczy i nerwy kochają panią, ale serce, dusza, cała moja istota. Dawniej pożądałem, teraz pragnę służyć i stać się godnym nie pani serca, bo je kto inny już posiada, ale pani szacunku i choćby przyjaźni. Oto i wszystko. Odbyłem spowiedź, zna pani teraz mnie całego, odtąd będę tylko działał i milczał. Wierzę, że pani mej spowiedzi nie zapomni, zaufania nie sponiewiera i może kiedy daruje mi wszystkie winy i obrazy. To. mi wystarcza. O jedno tylko proszę teraz: niech mi pani pozwoli uścisnąć swą rękę. Będzie to znak, ze mi pani darowała.
Bez wahania podała mu rękę. Wziął i podniósł do ust z uszanowaniem.
- I nic mi pani nie powie?
- Wszakże pan żądał milczenia - uśmiechnęła się. - Bał się pan wyroku.
- Prawda. Wiem, co mnie czeka.
- Kiedy pan wie, to proszę czekać - odparła. - Nie zapominam i nie zdradzam niczyjego zaufania i panu dziękuję za pochlebny sąd...
Tymczasem koń, korzystając z roztargnienia woźnicy, wyrabiał różne sztuki: to się słupił, to galopował, to szarpał, czasami rżał i rzucał się rozgniewany, że go wszyscy wyprzedzili. Żelazna siła Wentzla wstrzymywała go od rozbiegania, ale za to sanki latały tu i tam po szlaku jak pijane. Nagle zatoczyły się w zabieg, stuknęły i przewróciły się w zaspę śniegu, nakrywając naszą parę w chwili, gdy Wentzel odpowiadał towarzyszce:
- Po nabyciu Strugi i ja jestem tutejszym obywatelem.
Koń zaczął rwać się i wierzgać, spod sanek wyrwało się niemieckie przekleństwo i hrabia wygramolił się cały biały, trzymając jednak cugle.
Pomimo swych lakierków i pozoru tylko salonowca nie stracił głowy. Za nim wyskoczyła panna Jadwiga, ośnieżona, ale nietknięta. Śmiała się.
- Bóg karze pychę. Obiecał pan przodować na kuligu, a tymczasem oto na szarym końcu smutny nas spotkał wypadek. Proszę, ja konia potrzymam, zanim pan ekwipaż doprowadzi do porządku.
- Przepraszam panią za swą nieuwagę. Dobrze, iż nas nikt nie widział. Powiedziano by, że powozić nie umiem, a tu tylko winien koń źle ujeżdżony i nasza rozmowa. Kto myśli o drodze, gdy się jego los rozstrzyga! Otóż i gotowe znowu. Czy pani nie skaleczyła się, broń Boże?
- Kto ma Jana za brata, ten przywykł do wypadków. Nic mi nie jest, dziękuję panu.
Ruszyli znowu, ale już Wentzeł puścił cugle i pilnował jazdy. Rozmawiali o rzeczach potocznych. Jan miał słuszność: harbuz nie był zbyt przykry z takich rąk, a oboje, zbywszy się tajemnicy, byli daleko swobodniejsi. Panna Jadwiga stała się rozmowniejszą - mówili o pani Tekli, o scenie z kartami, o sentymencie Jasia. Uprosił sobie nawet Wentzel pierwszego kontredansa.
Gdy zajechali przed dom Wolickich, gdzie był cel kuligu, wszyscy już tańczyli. Na ich spotkanie wyszedł Wolicki z matką, Jaś i Głębocki.
- Chcieliśmy posyłać obławę za wami - śmiał się Jan po pierwszych wyjaśnieniach - wszyscy byli zaniepokojeni: pani Tekla drży o wnuka, a ja i Adam o Jadzię. Ale, ale, wiecie, czym Adam zabawiał się z hrabiną w sankach? Grali w domino. Doprawdy, cztery partie. Ja im włożyłem do sani pudełeczko z kostkami... Wiem, czym kogo uszczęśliwić.
Wszyscy się śmiali oprócz Głębockiego, który skrzywiony, jakby go zęby bolały, pomagał rozbierać się narzeczonej. Ruszono do salonu. We drzwiach Wentzel idący za Jasiem poczuł, że go ktoś zatrzymuje za ramię; objerzał się - był to Głębocki.
- Czego pan sobie życzy? - spytał trochę zdziwiony.
- Parę słów rozmowy.
- Służę.
Zatrzymali się w sieni wśród stosów futer i czapek i Głębocki zaczął bez żadnego wstępu:
- Chcę odkupić Strugę od pana. Daję pięć tysięcy marek odstępnego. Czy pan się zgadza?
Ton był tego rodzaju, że w Wentzlu zagrała krew obrazą - zmierzył rywala iskrzącym wzrokiem.
- Za kogo mnie pan ma? Za aferzystę i handlarza? Kupiłem majątek dla siebie i zachowam go. Pańskie marki tyle mi znaczą, co plewa.
- Na cóż pan kupił Strugę? Chciałbym wiedzieć. Tu nie pana miejsce w Poznaniu! - zamruczał ponuro Głębocki.
Croy-Dülmen skoczył jak oparzony.
- Kupiłem, bo mi się tak podobało i basta! Moje miejsce jest tam, gdzie ja chcę; nie pytam nikogo o pozwolenie, a najmniej pana.
- A ja mam prawo spytać, bo mi się nie podobają pana umizgi do mojej narzeczonej. Jakim prawem sfałszował pan dzisiaj znaki na kartkach do kuligu? Myśli pan, żem ślepy i idiota! Widzę i rozumiem wszystko. Podobało się panu bałamucić Polkę nie zważając na to, że jest zaręczona... O, bardzo proszę, w takim razie, wracać, skąd pan przyszedł! U nas nie tolerują się podobne zabawy. Chciej pan to zapamiętać na przyszłość.
- Podziękuj pan swemu szczęściu, że nie lubię robić burd po obcych domach i że zbyt szanuję pańską narzeczoną, bo spoliczkowałbym pana jako nikczemnika i zabił nazajutrz za te brudy i podłości, które mi prawisz, a które nie tyle dotykają mnie, co pannę Jadwigę. Nie jestem jej narzeczonym, ale kocham może więcej niż pan, a niezawodnie wyżej cenię i poważam. Nie śmiałbym jej nie wierzyć, pilnować i pozwalać sobie na przypuszczenia krzywdzące. Bądź pan pewnym, że ona bez pana pomocy potrafi utrzymać swój honor nieskalanym i chyba pana dzika zazdrość wymyśli cień na nią. Chciej pan i to zapamiętać, że raz drugi nie ujdzie podobna rozmowa między nami na sucho. 

 

 


W przypadku znalezienia błędu na stronie - prosimy o informację. kontakt


copyright © 2002 - 2010
www.Zaprasza.eu
oraz
Fundacja  Promocji  Kultury
Wszystkie prawa zastrzeżone